[Brak stacji radiowych w bazie danych]

    Z dużej szklanki małe hulanki. Recenzja EP-ki Young Leosi „Hulanki”

    Autorstwana 24 października 2021

    Pandemiczna rzeczywistość zatrzymała polski przemysł muzyczny jedynie na chwilę. Branża nie znosi próżni, a w tę, która powstała wraz z przedłużającym się lockdownem weszła z przytupem Young Leosia. Przedstawicielka wytwórni Internaziomale najpierw udzieliła się w ramach akcji #hot16challenge2, potem wypuściła wyciszone, słodkie jak nutella Wyspy, a następnie rozbiła bank hitowymi Szklankami. Test pierwszego wydawnictwa wypadł jednak… dziwnie. Oto krótkogrające Hulanki.

    Nie do końca wiem jak ugryźć w tej recenzji Young Leosię. Hulanki to bowiem nie tyle spójny projekt, a bardziej zbiór luźnych singli, połączonych w zasadzie tylko i wyłącznie tytułowym motywem imprezowania. To kawałki na dyskotekę, do tańczenia, pląsania i… no cóż, hulania. Owa niespójność nie jest sama w sobie czymś złym, bardzo dużo utrzymanych w luźniejszej konwencji albumów czy kompilacji cieszy się estymą fanów i krytyków. Czy jednak w przypadku debiutu młodej artystki będzie tak samo? Śmiem wątpić.

    Hulanki stoją tak naprawdę Szklankami. Najbardziej znany utwór Leosi jest jednocześnie najjaśniejszym punktem całej EP-ki. Podszyty soczystym basem bit SecretiveSuicide robi tu naprawdę świetną robotę. Pokuszę się o stwierdzenie, że ratuje cały numer, bowiem ciężko byłoby bez niego znieść specyficzny wokal Leosi.

    Ehh, no właśnie, ten nieszczęsny wokal. Powiem głośno to, co niejeden pomyślał sobie podczas odsłuchu – Leosia nie umie śpiewać. Jej głos jest zbyt piskliwy, nie wchodzi w rejestr. Często nie naprawia tego nawet autotune (który przecież słabi wokalnie artyści potrafili świetnie wykorzystać, spójrzmy na Kanye Westa). Najboleśniej słychać to w bridgu i refrenie Baila ella, gdzie w pewnym momencie głos Sary dosłownie się załamuje i nie zostało to w żaden sposób zamaskowane czy poprawione podczas masteringu. Swoją drogą: skoro Leosia tak uwielbia wakacje w Ameryce Południowej i latynoskie brzmienia, to mogłaby się nauczyć, że podwójne „ll” w hiszpańskim czytamy jak „j”.

    Wbrew pozorom wokal Leosi najlepiej brzmi chyba na numerze, gdzie jest najbardziej wyeksponowany, czyli na wyciszonych Wyspach. Prawdopodobnie dlatego, że nie jest ona zmuszona go wysilać, aby wybił się ponad nawalający dyskotekowy bas. To bardzo fajna, łagodna miłosna balladka i szczerze mówiąc stanowi bardzo dobry oddech w środku tej wyjątkowo intensywnej, męczącej brzmieniowo EP-ki.

    Słodko-dziecinna barwa głosu raperki jest jednocześnie jej największym atutem, jak i przekleństwem. W Wyspach czy Szklankach brzmi przekonująco, epatując młodzieńczą beztroską. Ale już na przykład Baila Ella czy Stonerki, gdzie Leosia dotyka bardziej typowo współczesnych rapowych tematów (zarabianie pieniędzy, braggadacio, fani, koncerty) to jest to najzwyczajniej w świecie śmieszne. Zwłaszcza że Leosia ma też problem z jakimś wyjątkowo dobrym technicznie rapowaniem. I tego braku umiejętności nie nadrabia ani charyzmą, ani specyficzną przewózką, ani jakimiś wyjątkowo dobrymi, charakterystycznymi tekstami. Plus niektóre wersy o imprezowaniu, narkotykach czy liczeniu hajsu zarapowane głosem, który brzmi jak dziewczynka w wieku przedszkolnym brzmią po prostu śmiesznie.

    I nie mówię tutaj, że sama dziecięca barwa głosu jest jakąś wielką wadą, bo jak każdą charakterystyczną dla danego wykonawcy rzecz da się ją przerobić w coś ciekawego. Belmondo ze swoich niemalże melorecytowanych zwrotek uczynił znak rozpoznawczy. Wspomniany wcześniej Kanye West nawet jak fałszuje, to przez genialną produkcję i szczerość przekazu doprowadza fanów do płaczu. A żeby nie było, że porównuję Leosię tylko do mężczyzn, głos Cardi B też jest stosunkowo irytujący, ale raperka ta potrafi nawijać na tyle dobrze i ma tak wielkie pokłady charyzmy, że niewielu zwraca na to uwagę.

    Leosia swojego wokalu w dobry sposób nie wykorzystuje, ponieważ nie ma żadnych zalet, które mogłyby jakoś nadrobić oczywiste wady. Szkoda, bo, jak już wspomniałem, specyficzna barwa głosu Sary mogłaby naprawdę stanowić wyjątkowy atut. Wadą jest też ewidentny wpływ Żabsona na brzmienie albumu, a szczególnie na flow swojej podopiecznej. Polecam wszystkim, którzy znają twórczość tego rapera zabawę: przesłuchując Hulanki wyobraźcie sobie, że kwestie Leosi śpiewa lub rapuje Żabson, dokładnie w ten sam sposób. Gwarantuję wam, że dużo razy jego głos będzie tam pasował o wiele lepiej. Śmiem wręcz stwierdzić, że owo żabsonowe flow Leosia ma przez jakieś 80-90% EP-ki. I nie jest to dobre, bo sposób, w jaki rapuje Żabson, nie pasuje zarówno do głosu Sary, jak i ogólnie do podkładów, jakie wykorzystuje.

    Pozostaje pytanie: co dalej? Czy Young Leosia ma zamiar wydać długogrający album? Jeśli ma on brzmieć tak jak Hulanki, to autentycznie nie mam ochoty go słuchać. 20 minut dyskotekowego łupania z niezbyt przyjemnym wokalem Sary niesamowicie mnie wymęczyło, nie wyobrażam sobie dłuższej płyty w takim wydaniu. Jeśli LP, to na pewno trzeba wynieść z Hulanek pewne wnioski, lepiej wykorzystać leosiowy wokal, skupić się na dobrym doborze bitów, chwytliwych refrenach i nie przesadnie sztampowych, ale też nieprzeszkadzających w odsłuchu tekstach.

    Leosia raczej nie jest artystką, która przekaże Wam coś wyjątkowego i raczej nie mam zamiaru tego od niej oczekiwać. To czego chcę, to więcej numerów jak Szklanki – prostych, niezobowiązujących tanecznych bangerów. Oprócz tego poprawcie kwestie wokalu i niech Sara przestanie rapować jak Żabson; to naprawdę wyjdzie jej na dobre. Mimo wątpliwej jakości pierwszego wydawnictwa dalej jakoś tam w Young Leosię wierzę. Mam nadzieję, że moje stosunkowo niskie wymagania co do jej kolejnych muzycznych publikacji zostaną spełnione.

    Maciej Bartusik

    Oznaczono, jako

    Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

    Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

    Zamknij!