O dobru i złu, które zwykle nie istnieją
Autor: Redakcja Online dnia: 7 maja, 2026
To będzie o dobru i złu. Tak po prostu. O dobrym człowieku i złej substancji. Choć nie wydaje mi się, żeby cokolwiek było po prostu dobre albo po prostu złe, ale w tym wypadku taki podział chyba zadziała.
W tej uniwersalnej historii, która mogła i może wydarzyć się wszędzie jest dwoje ludzi. Bo to nie tak, że ten dobry człowiek pił zły alkohol. To nie takie proste. Właściwie nie wiem, czy ten co pił był dobry, czy zły. Może bardziej zły? Ciężko powiedzieć, bo wpływała na niego zła substancja.
Dwoje ludzi. Jednoznacznie dobry to sąsiad niejednoznacznie złego z naprzeciwka. Pijący zły alkohol miał psa Scoobiego. Scoobie był stary, miał budę, ale nie dostawał jedzenia, bo pieniądze były potrzebne na alkohol. Karmił go dobry człowiek z żoną i sąsiad od drugiej strony. Wymieniali się na warcie przy misce Scoobiego.
Ale ostatnio nie jadł też ten drugi człowiek, ten od złego alkoholu. Nie jadł i nie pił wody.
– Pije Pan coś w ogóle? – Zapytał go lekarz dwa dni przed śmiercią.
– No tak, jedną kawę dziennie – odpowiedział, wiedząc, że nie o alkohol w tym pytaniu chodziło.
Co do jedzenia to gotował czasami rosół. Ale to wcześniej, może parę lat temu, kiedy pracował jeszcze dorywczo w masarni. Dostawał tam resztki kości, pewnie w domyśle dla psa, i tylko z tego robił wywar. Później dostawał od opieki społecznej paczki z jedzeniem, ale zostawiał sobie same konserwy. Puszki kukurydzy i groszku oddawał żonie dobrego człowieka.
Dobry człowiek zanosił do domu naprzeciwko jedzenie nie tylko dla Scoobiego. Ale kiedy ostatnio zaniósł mu zupę, ten kazał mu ją wylać na patelnię. Na brudną, starą, z zaschniętymi, starymi resztkami patelnię. Wylał. Ale kiedy parę dni później odwiedził go znowu, zupa dalej tam była.
– Załatw mi szpital. Chociaż na dwa tygodnie – mówił pijący zły alkohol do dobrego człowieka.
Dobry człowiek mógł tylko załatwić wizytę domową lekarza rodzinnego. Załatwił. A parę dni później zadzwonił po karetkę.
W szpitalu chory podał dobrego człowieka jako osobę do kontaktu. Dzwonili w nocy, dwa dni później, ale dobry człowiek nie śpi z telefonem przy łóżku. Gdy zbierał się nad ranem, by pojechać na ryby, wziął telefon do kieszeni kamizelki, nie włączając go nawet. Na miejscu musiał uzupełnić na karcie datę łowienia. Nie wiedział, czy dziś 22 czy już 23, więc sprawdził na telefonie. A tam, oprócz daty, nieodebrany telefon. Numeru nie znał, ale początek wskazywał na miasto niedaleko jego miejsca zamieszkania. Pewnie szpital, oddzwonił, niejednoznacznie zły człowiek nie żyje.
Nie rozpakował jeszcze wędek. Wrócił się. Później pojechał do szpitala i odebrał jego rzeczy.
– W portfelu było 200 złotych – powiedziała pielęgniarka i wręczyła mu je razem z ubraniami. 200 złotych trafi do podzielenia wraz ze spadkiem.
Wieść o pobycie w szpitalu szybko rozeszła się po okolicy. Przeczuwano, że umrze. Koleżanka dobrego człowieka, która pracuje w banku, przypomniała mu, że chory dostał pierwszą emeryturę na konto. Trzeba te pieniądze wybrać, bo jeśli miałby umrzeć to bank od razu konto zamknie i pieniądze przepadną.
Pierwszą emeryturę. No tak, pijący złą substancję czekał na nią. Odliczał dni. Dostał najniższą, ale od razu z jakimś wyrównaniem, więc uzbierało się ponad 4 tysiące. Na pewno miał na te pieniądze dużo planów. Kiedyś, kiedy dostał tysiąc złotych planował pospłacać długi i kupić bramę do garażu.
Inni też mówili o nadchodzącej emeryturze sąsiada dobrego człowieka. Mieli jednak inne przeczucie niż on sam, bo widzieli trzydniowe spotkania po wypłacie zasiłku w domu niejednoznacznie złego. Spotkania paru niejednoznacznie złych na koszt jednego. Zasiłek wynosił chyba 300 złotych.
Dobry człowiek miał też kartę sąsiada z naprzeciwka. Ten już nie chodził, więc dobry robił mu zakupy, albo wybierał gotówkę. Jeszcze niedawno potrafił zjechać na siedząco po schodach i wsiąść w auto, ale to już minęło.
Po ostrzeżeniu koleżanki z banku dobry wybierał więc po tysiącu przez ostatnie dni życia sąsiada. W dzień jego śmierci wybrał ostatnie 30 złotych. Pieniądze oddał byłej żonie zmarłego. Był u niej na grillu dwa dni po śmierci niejednoznacznie złego. Grill nie był odwołany, nie. Była żona przeszła z nim kiedyś wiele piekieł, więc teraz nie przechodziła żałoby.
Dobry pomagał też z pogrzebem, który odbędzie się jutro. Najtaniej wychodzi skremować. Ale do kremacji zmarły też potrzebuje garnitur. Trzeba go kupić. Do tego najtańsza urna, ale pogrzeb w kościele kosztować będzie tyle samo, co ten z trumną. Do tego różaniec i organista. Dobrze, że niejednoznacznie zły dostał już tę pierwszą emeryturę to rodzina dostała 7 tysięcy na pogrzeb z ZUSu.
Scoobie posmutniał. Żona dobrego pierwszy raz widziała go takiego zadowolonego, kiedy usłyszał głos dobrego człowieka. A usłyszał z daleka, dziwi się żona dobrego. Usłyszał ich już z górki, kiedy wracali z kościoła. Scoobie wyleciał im na powitanie i skamlał.
Żona dobrego i była żona niejednoznacznie złego zastanawiały się jaką piosenkę śpiewał za młodu pijany. Nie przypomniały sobie tytułu. Ale córka dobrego znalazła na internecie po słowach.
Na kartce w domu dobrego jest lista zakupów. Rzodkiewka i ogórek. Na odwrocie: „ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat”.
Iza Adamik