Ale skąd mogę wiedzieć? Część druga
Autor: Redakcja Online dnia: 1 maja, 2026
Pomarańczowo
Wiedzieć nie mogę, mogę co najwyżej czuć, jak coś w moim wnętrzu mi to szepta. Mogę czuć ten szept i zaufanie, które od razu się budzi, i które jest zupełnie irracjonalne. Ale nigdy go nie podważałam, niech intuicja mną kieruje i prowadzi jak na szlak – na tak dobry szlak jak ten, o którym teraz.
Stoję pod drogowskazem w dolinie pięciu stawów. Minęłam już prawie wszystkie jeziora, choć ich nie liczyłam (co będzie istotne), i chcę wyjść wyżej, żeby zobaczyć je z góry.
– Samotna wędrówka? – pyta głos zbliżający się do drogowskazu, przy którym koczuję. Zauważyłam go już wcześniej i wyczekiwałam kiedy się zbliży, żeby zapytać o radę. W sportowym stroju wyglądał, jakby na wszystkich szlakach był już co najmniej parę razy.
– Tak – odpowiadam krótko. – Byłeś już kiedyś na Zawracie od tej strony? Albo tu, na tym żółtym szlaku? – kiwam głową w stronę rozwidlenia za znakiem.
Już nie pamiętam czy był i gdzie, czy nie był nigdy i nigdzie. Nie pamiętam, czy gdzieś słyszał, czy skądś wiedział i w ogóle mało konkretnych faktów z tego spotkania kojarzę. Ale opiszę to, czego jestem pewna. Stwierdził, że na pewno dam radę wejść na Zawrat, więc powiedziałam, że dobra, idę. Szedł w tę samą stronę, więc ruszyłam przed nim, przeskoczyliśmy po kamyczkach płynący z gór potok i stąpając rytmicznie po poukładanych w równą, uroczą ścieżkę kamyczkach, ruszyliśmy na przełęcz.
Co do ścieżki:
– Ciekawe kto te wszystkie równe ścieżki z idealnych płaskich kamieni poukładał – zastanawialiśmy się. Mimo, że myśląc o tym teraz wydaje się to dość logiczne, wtedy mieliśmy zagwozdkę na całą drogę. Teorie były różne: kamienie są poukładane przez ludzi („ale ile im to musiało zająć! Wyobrażasz sobie?”) lub są przez nich ścięte na płaskie ścieżki. Liczyliśmy też stawy, bo wychodziło albo więcej, albo mniej niż pięć (zależy, czy łącznie z tymi małymi, które z góry wyglądały bardziej jak kałuże). I rozmawialiśmy o absurdzie wyborów człowieka.
Krok trzymaliśmy równy, kiedy okazało się, że nasze ścieżki życia zupełnie takie nie są. Nierówno decydujemy, krzywo skręcamy i koślawo to wszystko wygląda. Ale ścieżka po której wtedy szliśmy dosłownie, też taka była. No więc skakaliśmy po niej, potknęłam się o sterczące coraz bardziej kamienie i zachwiałam na ruchomej platformie skalnej i już nie wiem czy piszę to teraz w metaforze, czy zupełnie dosłownie.
Na szczycie się rozdzieliliśmy. Towarzysz poszedł zdobywać swój pierwszy fragment Orlej Perci, a ja schodziłam tą samą drogą, którą przyszłam i myślałam sobie, że ja już tego człowieka znam i to jakoś tak lepiej niż by się mogło wydawać po tak krótkim odcinku szlaku.
– Dzień dobry! Ale się wyspałaś! – wita mnie poznany wczoraj w schronisku głos – Już o 19 cię odcięło. O której wyruszyłaś?
Odpowiadam, chwilę rozmawiamy, opowiadam o słońcu, które nad ranem paliło na pomarańczowo las na szczycie wniesienia, żegnamy się, „powodzenia”, „powodzenia”.
Intuicyjnie
– Pomoże mi Pani z walizką? – Pyta mnie urocza starsza pani z obciętą równo delikatną grzywką. Pociąg rusza. – Ale mamy fajne miejsce, prawda? Blisko toalety.
Jedzie do Torunia. Bo nigdy nie była, a zwiedza ostatnio Polskę. Podobno Toruń ładne miasto. Była ostatnio w Łodzi, bardzo się jej podobało. Opowiada też o Polsce zachodnio-północnej i o parkach narodowych. Inspirujące, myślę sobie, i mam ochotę zaplanować wycieczkę po parkach narodowych. Mówię to na głos, a pani Ula, bo tak jej na imię, zachęcona moim zainteresowaniem opowiada jeszcze więcej.
Ale jeździ też na wycieczki zagranicznie. Ostatnio była na wycieczce po Skandynawii. Opowiada o domu Mikołaja w Rovaniemi i o dzikości natury. Opowiada o dziecku, które zaprowadziło ją w sklepie w Norwegii do najlepszych czekolad, ale nie pamięta jak się one nazywały.
No i tu się nasze losy splatają, bo kiedy pyta gdzie jadę ja to tłumaczę, że docelowo to na Wyspy Owcze, ale na razie do Gdyni. Zachwycona prosi o zdjęcia jak już dotrę. Będę jej wysyłać na bieżąco, a od niej dostanę fotografie z piernikami, które sama wykonała w muzeum w Toruniu. Wyszły pięknie. I pierniki i zdjęcia, ale ona i tak się upierała, że jest niefotogeniczna. Wspominała już o tym w pociągu.
Podczas tego spotkania w pociągu rozmawiamy też o wcześniejszych spotkaniach w pociągu mojej rozmówczyni. Jedno z nich było wyjątkowe i zakończyło się przyjaźnią z kobietą, którą odwiedzała czasem w Krakowie. Tamta jednak zachorowała, ale Pani Ula czuła, silnie przeczuwała, słyszała szepty intuicji, że wszystko będzie dobrze. I było. Odwiedzała ją w szpitalu. I było dobrze.
A ja silnie przeczuwam, po tych tylko trzech godzinach wspólnej jazdy pociągiem, że wiem kim jest moja towarzyszka, że znam ją bardzo dobrze.
– Zaraz wysiadam, jesteśmy już prawie w Toruniu.
– Pozostało nam wymienić się kontaktami – mówię, po czym wyciągamy telefony.
Pani Ula wysiada, po tym jak życzymy sobie powodzenia i miłych wyjazdów. A ja pozostaje w pociągu na parę godzin dłużej z przekonaniem, że to 3 godzinne spotkanie było znakiem, że ta podróż będzie wyjątkowa. Bo już taka jest.
Iza Adamik