[Brak stacji radiowych w bazie danych]

    Spod znaku żółtej róży – o płycie Rykardy Parasol „Our Hearts First Meet”

    Autorstwana 13 listopada 2021

    Są tacy artyści, którzy swoją muzyką potrafią przenieść mnie w inny świat. Albo przynajmniej w takie odbicie rzeczywistości, które odbiega od moich codziennych wrażeń. Taka muzyka zabarwia wszystko wokół innymi kolorami – niekiedy ciemniejszymi, ale równocześnie głębszymi.

    Jest parę osób, które dokonują podobnej sztuki, ale ja skupię się na postaci, która w swoim rzemiośle jest niezwykle charakterystyczna. Mowa o Rykardzie Parasol (i tak, jest to jej prawdziwe imię i nazwisko). Choć nie jest być może znana tak bardzo jak współczesne gwiazdy popu, to nie można jej też nazwać artystką niszową: jest dosyć rozpoznawalna, również w Polsce. Sama miałam okazję być na jednym z jej koncertów, ale to nie o tym mam zamiar się rozpisywać – tylko o podróży, w jaką Rykarda zabiera swoich słuchaczy, a która nazywa się Our Hearts First Meet.

    Jest to pierwsza płyta artystki, nie licząc epki z 2003 roku. Krążek powstał trzy lata później i choć nie nazwałabym go rewolucyjnym – w końcu, nie oszukujmy się, w dzisiejszym świecie trudno o stworzenie czegoś zupełnie nowego – to na pewno jest on na swój sposób unikatowy.

    Jeszcze zanim włoży się płytę do odtwarzacza, już można przekonać się o tym, co nas właściwie czeka. Twórczość Rykardy ma to do siebie, że vibe muzyki odbija się także na grafice otaczającej płytę – a więc oczywiście i na okładce. Silne kontrasty barw wpisują się w dość oryginalny, vintage’owy styl oprawy. Obraz kobiety z żółtym kwiatem zamiast głowy, ukazany na ciemnym tle, zdaje się korespondować z tym, jak brzmią piosenki artystki – nie tylko pod kątem muzycznym, ale i tekstowym. A właśnie: jak te piosenki brzmią?

    Our Hearts First Meet składa się z piętnastu numerów, ale cała płyta trwa mniej niż godzinę. Całość składa się w domkniętą, spójną suitę, w której pewnie dominuje wokal artystki. To element, który zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan. Rykarda bowiem słynie ze swojego głębokiego, altowego głosu, który może i nie podbije serc wszystkich słuchaczy, ale z pewnością przykuje uwagę. Bez wątpienia podkręca on też brzmienie całej płyty.

    Patrząc fachowym okiem, wszystkie numery na płycie można zamknąć w określeniu „muzyka niezależna”, chociaż ten termin mówi zdecydowanie za mało. W Our Hearts First Meet dominują raczej akustyczne brzmienia – przeplatane trzema instrumentalnymi łącznikami – w których prym wiedzie głównie gitara, ale także klimatyczne pianino oraz chórki, przywodzące nieraz na myśl kościelne chorały gregoriańskie. Niech jednak to porównanie nikogo nie zmyli: tematyka krążka zdaje się dość mocno odbiegać od sfery sacrum. Teksty są niezwykle poetyckie, a choć ich tematy bywają różne, to można powiedzieć, że cały ich wydźwięk jest mniej lub bardziej mroczny. Oczywiście na płycie znajdziemy wątki miłosne (jednak głównie dotyczące jakiejś bliżej nieokreślonej, za to nieszczęśliwej miłości), jak również słowa o samotności; opisy przeróżnych miejsc, niektórych sentymentalnych, a niektórych wręcz obskurnych; czasem usłyszymy też o śmierci. W twórczości Rykardy piękno zdaje się przeplatać z brzydotą, a w każdym razie z rzeczami, nad którymi zwykle nie chcemy się pochylać. Ci, którzy szczególnie lubią przypatrywać się warstwie tekstowej, znajdą na tym krążku kilka interesujących, powtarzających się motywów.

    Choć trzeba przyznać, że artystka niezwykle sprawnie kreuje swoją muzyczną rzeczywistość, to nie trafi ona do każdego. Płyta raczej nie zadowoli osób, które zazwyczaj słuchają bardziej zróżnicowanych utworów lub gustują w raczej nowoczesnych brzmieniach – ponieważ, choć cała kompozycja we wszystkich swoich elementach jest bardzo spójna, to może się przez to wydawać monotonna. Sama musiałam przesłuchać płytę parę razy, żeby się do niej przekonać. Our Heart First Meet może się jednak spodobać tym, którzy lubią szeroko pojętą muzykę indie, a także folk.

    Jeśli cała płyta to dla niektórych jednak trochę za dużo, to nic straconego. Na krążku jest parę perełek. Jedna z nich to magiczno-mroczna Hannah Leah – jedna z bardziej znanych piosenek Rykardy w ogóle, a także jedna z tych mroczniejszych z całej płyty. Uwagę też zwraca numer Lonesome Place, w którym można usłyszeć motywy klasycznego bluesa – jednak, pod względem tematyki, nie jest to także utwór szczególnie radosny (jak to blues). Ze swojej strony mogę polecić też numer doskonały na długą, wieczorną jazdę autem przez szerokie drogi, czyli Texas Midnight Radio.

    Gdybym miała opisać Our Hearts First Meet dwoma określeniami, to byłyby to „Texas” i „żółta róża” – one przychodzą mi pierwsze na myśl, gdy myślę o całej płycie, choć głównie w warstwie tekstowej. Jednak, tak naprawdę, te słowa nie oddają wszystkiego, co się na tym krążku dzieje. Warto zaznajomić się z Rykardą, bo choć nie jest to muzyka dla każdego, to być może komuś uda się z nią polubić.

    Z całą pewnością jest to płyta, którą można włączyć z ciemnym pokoju z klimatycznymi lampkami, z kubkiem czegoś aromatycznego w dłoni, gdy za oknem nastaje mroczny, mglisty, jesienny wieczór.

    Our Hearts First Meet: Rykarda Parasol – autorka muzyki i tekstów, design. Mastering: Chris Cline. Fotografie: Jeannette Vonier, Jeremy Harris. Produkcja: Mark Pistel, Matt Ward, Eric Drew Feldman. Wytwórnia: Glitterhouse Records

    Tekst: Weronika Boińska


    Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

    Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

    Zamknij!