[Brak stacji radiowych w bazie danych]

    „Młody Matczak”, czyli wszystkie bolączki polskiego rapu

    Autorstwana 1 listopada 2021

    Michała Matczaka jest ostatnio wszędzie pełno. Nowy album, największy solowy koncert w historii polskiego hip-hopu, własny zestaw w McDonald’s. Po premierze debiutanckich 100 dni do matury jego popularność mnie dziwiła, bowiem oprócz Patointeligencji i jeszcze pojedynczych innych dobrych utworów ten album nie miał zbyt wiele do zaoferowania i był po prostu nudny. Teraz jednak chyba rozumiem już fenomen Maty. Widzicie, Mata jako raper skupia w sobie wszystkie najpowszechniejsze cechy i jednocześnie największe bolączki współczesnego polskiego rapu. I dlatego ludzie go tak lubią.

    Zacznijmy od pozytywów, bowiem wbrew pozorom nie chcę sofomora Maty jakoś szczególnie recenzencko sponiewierać. Przede wszystkim: Mata jest autentycznie muzykalnym chłopakiem. Ma ucho do refrenów (było to słychać już wcześniej – Schodki, Prawy do lewego, tytułowy kawałek z debiutu), chwytliwych, porządnych, melodyjnych. Refrenów, które mimo mojego niezbyt pozytywnego stosunku do całości danego utworu będę nucić z chęcią. Szafir wpada w ucho, Nasza klasa ale to DRILL również, nawet banalny refren z La La La (Oh Oh) jest w gruncie rzeczy raczej nieszkodliwy i przyjemny do niezobowiązującego nucenia.

    Kolejna rzecz: Mata umie nawijać. Naprawdę. Zacznijmy od Patoreakcji. Miałem początkowo negatywny stosunek do tego singla. Widziałem w nim głównie wyliczenie dosyć oczywistych obserwacji, do tego przydługawe i położone na monotematycznym bicie. Przy kolejnych odsłuchach jednak przekonałem się do tego numeru i zacząłem go traktować mniej jako jakiś zbiór wnikliwych obserwacji społecznych, a bardziej zapis z pamiętnika Maty połączony z bezczelną braggą. Wypełniony celebrytami teledysk oraz bardzo banalne podłączenie się pod panujące w narodzie ośmiogwiazdkowe nastroje ostatecznie robią temu numerowi źle. Odwracają bowiem uwagę od naprawdę świetnej technicznie nawijki Młodego Matczaka, poskładanych kreatywnie wersów i ogólnej charyzmy, jaka z tego wszystkiego wynika.

    15,2 (FREESTYLE) też mi się na początku nie podobało, ale z wyjątkiem żenujących wersów o długości przyrodzenia to bardzo dobrze poskładane, bezczelne i charyzmatyczne braggadacio. Dobrego flow, technicznej nawijki i sprawnie poskładanych rymów jest na Młodym Matczaku o wiele więcej: Kurtz, Faka, Szmata, Papuga – to wszystko numery, które niosą za sobą autentyczną hip-hopową jakość, są dobrze zarapowane, z charyzmą, fajnymi rymami, pod tym względem średnio jest się tu do czegokolwiek przyczepić. No ale niestety album traci gdy przejdziemy do innych warstw.

    Mam ogólnie wrażenie, że to właśnie jest coś, co sprawia mi największy ból we współczesnym polskim rapie i jest niejako powodem mojej trudnej miłości do niego. Raperzy mają pomysły. Te pomysły są naprawdę dobre, realizuje się je z rozmachem i pompą (pomijam już kampanię w Macu, ale chyba nikt przed Matą nie miał w polskim rapie tak jakościowych teledysków), ale jak spojrzysz pod tą bardzo imponującą otoczkę to… wcale nie mam tam aż tak ciekawych rzeczy. Z resztą, po co mówić o otoczce, skupmy się na samej muzyce. Jesteś mainstreamowym polskim raperem, masz pomysł na płytę, kawałek, może nawet jakiś album koncepcyjny czy storytellingowy. Siadasz do realizacji, wypuszczasz gotowy produkt i nagle ZONK! Okazuje się, że całość nie dorasta do pięt ambitnemu konceptowi. Można wymieniać w nieskończoność – Taco Hemingway, Reto, Bedoes, Fukaj… oni wszyscy mieli ostatnio naprawdę świetne pomysły na płyty, niestety realizacja wypadła tak sobie. Teraz do tego grona dołącza również Mata.

    O czym jest Młody Matczak? O wchodzeniu w dorosłość, usamodzielnieniu się – mam wrażenie, że ten koncept generalnie przewija się przez całą płytę. Otwierająca album IKEA to jeden z moim zdaniem najlepszych numerów na płycie, wyluzowany, skupiony na urządzaniu nowego wynajmowanego mieszkania i wyobrażaniu sobie, jak teraz będzie wyglądało samotne życie, bez rodziców pod jednym dachem. Znakomity kawałek, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył na samym wejściu. No niestety dalej jest gorzej.

    Nie dorastanie do pięt własnemu konceptowi… tak, Faka i Szmata będą tutaj świetnym przykładem. Teoretycznie umieszczenie zaraz po sobie dwóch numerów opisujących seksualną sferę życia Matczaka z dwóch skrajnie różnych stron – dominującego maczo i oddanego swoim kochankom uległego – brzmi naprawdę ciekawie. Niestety pierwszy numer trochę nie wie czym chce być (Pastisz? Parodia? A może jest na serio?), a drugi obok wersów świetnych i klimatycznych („Ale póki co jestem surowym mięsem, wokół mnie kucharek sześć”) mamy takie, które przyprawiają o ciarki żenady („One nagrywają sextape, bo mi stanął”).

    Podobnie jest na przykład z Kurtzem, który ma fajny pomysł na siebie (pokazanie nocnej Warszawy jako conradowskiego jądra ciemności), ale wersy nie przynoszą nic szczególnie zaskakującego ani kreatywnego w ramach tego pomysłu. Niebywale zirytował mnie Blok – numer o domówce i tym, jak Mata ma totalnie gdzieś zakłócanie ciszy nocnej i uwagi sąsiadów. Dało się taki imprezowy, bezczelny banger zrobić dobrze (wersy o dzwoniących na policję sąsiadach pojawiają się w imprezowych rap kawałkach od zarania dziejów), ale niestety tu nie wyszło i Mata wychodzi na totalnego gnojka, z którym ciężko mi sympatyzować w jakikolwiek sposób. Kurtz też przedstawia jakiś tam upadek moralny podmiotu lirycznego, jednak tam działa to na zasadzie sympatii do antybohatera. Osoba mówiąca w Bloku jest po prostu irytująca.

    Co tu jeszcze mamy? 2001, czyli kawałek o lockdownie wypuszczony jakieś półtora roku po rozpoczęciu w Polsce covidowego zamieszania, nie niosący ze sobą żadnej nowej i ciekawej perspektywy na te wydarzenia. Nasza klasa ale to DRILL – po raz kolejny: tęsknota za emigrującymi ziomeczkami to fajny pomysł na numer, ale Mata nie rapuje tu nic ciekawego, podobne zwrotki na ten temat mógłby nawinąć każdy. Z kolei zwrotka Popka po prostu tam jest i w sumie nie można powiedzieć o niej nic więcej, moim zdaniem strasznie zmarnowany potencjał tak niebywale charyzmatycznej postaci jaką jest Król Albanii. Kiss Cam niby nie traktuje siebie zbyt poważnie i Mata sam to przyznaje w tekście (nawiązania do braku przekleństw, żeby puszczali to Esce), ale to nie sprawia, że numer jest czymś więcej niż prostym, banalnym love songiem. Podobnie z Szafirem. La La La (Oh Oh) nawet się nie umywa do poprzednich letniaków Maty, gościnna zwrotka White’a jest co najwyżej średnia. Z kolei o zamykającym płytę Młodym Bachorze nie jestem w stanie napisać kompletnie nic – ten numer dosłownie wypadł mi z głowy zaraz po przesłuchaniu.

    Czy jest tu jeszcze zatem coś dobrego? Oczywiście! Papuga to znakomity banger i najlepszy moim zdaniem singiel z płyty. Macie chyba jedyny raz na sofomorze wyszło sprawne zrealizowanie konceptu – tytułowa papuga to w żargonie ulicznym prawnik, a w tym przypadku po prostu ojciec Maty, profesor prawa. Wobec tego raper ciekawie bawi się dwuznacznością tej postaci, rapując jednocześnie jak gangster o swoim adwokacie oraz jak syn o swoim ojcu. Wychodzi z tego bardzo fajna zabawa gangsterską konwencją. Do tego świetne zwrotki gościnne od Quebonafide i Malika Montany. Szczególnie ten drugi daje tutaj liryczny popis i nawija jedną ze zwrot życia, zarówno pod względem techniki, jak i lirycznych gier słownych i metafor.

    Mamy również SKUTE BOBO, które nieironicznie uważam za świetny, niewymagający banger o paleniu marihuany. Zabawa autotune’em może irytować, ale mnie osobiście bardzo tutaj bawi i do tego świetnie pasuje do elektronicznego bitu. To oczywiście też jest kawałek z konceptem. Ale w momencie gdy konceptem jest palenie zioła, to naprawdę nie mam jako słuchacz zbyt wysokich wymagań i potrafię cieszyć się takim niezobowiązującym, nagranym nie do końca na serio numerem.

    No i jest 67-410, chyba jeden z najsprawniejszych lirycznie numerów Maty i – nie boję się tego powiedzieć – najlepszy utwór na Młodym Matczaku. Tytuł to kod pocztowy miasta Sława, z którego pochodzi rodzina Maty i w którym nadal mieszka jego babcia. Cały utwór opowiada właśnie o niej, zmarłym podczas pandemii dziadku oraz o różnicach pomiędzy życiem w metropolii i na prowincji. Mimo że Mata wychował się w Warszawie i raczej słoikiem go nie można nazywać, to myślę, iż ujął temat w sposób na tyle uniwersalny, że każdy kto opuszcza małe miasteczko, aby studiować lub pracować w większym, może w jakiś sposób się do 67-410 odnieść. Ja przynajmniej tak mam. Gdy słyszę wersy o tym, że „im dalej od metropolii tym więcej mięsa się kładzie na stoły, (…) no i dekoder ma mniej kanałów, ale za to jest trochę częściej włączony” ciężko mi nie myśleć o powrotach z Krakowa na rodzinną ziemię głubczycką, gdzie życie toczy się zupełnie innym tempem. Kończąca utwór zwrotka na innym bicie, opowiadająca o koncercie, jaki Mata w Sławie zagrał, i skierowana w głównej mierze do nieżyjącego dziadka jest autentycznie wzruszająca. 67-410 pokazuje, że Michał Matczak gdy tylko chce, to potrafi napisać tekst emocjonalny, dobry lirycznie i przekazujący niezbyt łopatologicznie jakieś ciekawe prawdy czy przemyślenia, w których słuchacz może się odbić jak w lustrze.

    A potem jest minuta ciszy, po której Mata rapuje o długości swojego przyrodzenia.

    Młody Matczak nie jest albumem jakoś szczególnie złym, jednak daleko mu do bycia płytą godną przesłuchania więcej niż raz, może dwa razy. Mam wrażenie, że cała ta otoczka – wypełnione gwiazdami profesjonalne teledyski, zestaw w Macu czy to nieszczęsne nazywanie Maty głosem pokolenia – robią młodemu raperowi i jego twórczości wbrew pozorom więcej szkody niż pożytku. W gruncie rzeczy jeśli przesłuchasz sobie Młodego Matczaka, okazuje się, że Mata to zwykły dwudziestolatek, który lubi sobie wypić piwko, zajarać trawkę, sprowadzić jakąś dziewczynę na noc i po prostu dobrze się bawić z ziomkami. Owszem, nie brak tu miejsc na jakąś refleksję (67-410, Nasza klasa ale to DRILL, 2001), ale są to raczej osobiste, proste zmartwienia, a nie jakieś uniwersalne bolączki każdego młodego Polaka. Sporo tu niewykorzystanego potencjału, numerów z pomysłem na siebie, ale słabą realizacją. Ale to, jak już wspomniałem, jest ogólną bolączką polskiego hip-hopowego mainstreamu, która chyba jeszcze na długo z nami pozostanie. Mam tylko nadzieję, że Matczak się z niej wyłamie, bo to chłopak z olbrzymim talentem, muzykalny i dobrze nawijający. Szkoda, że na obydwu dotychczasowych wydawnictwach jego umiejętności rozmienione są na drobne.

    Maciej Bartusik

    Oznaczono, jako

    Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

    Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

    Zamknij!