[Brak stacji radiowych w bazie danych]

    Klasyk zapomniany, czyli smutna historia „D. Gray-man”

    Autorstwana 2 listopada 2021

    Między rokiem 2000 a 2010 mieliśmy prawdziwy wysyp produkcji przynależących do gatunku „battle shounen”, serii generalnie skupiających się na widowiskowych scenach walk, relacji wśród członków drużyny i interakcjach pomiędzy przerysowanymi charakterystycznymi indywiduami. Produkcje te często wzbogacane były o wątek rywalizacji między przyjaciółmi. Pomnikami tamtych czasów stały się kultowe dziś tytuły, takie jak oryginalny „Naruto” i jego kontynuacja „Naruto: Shippuuden”, „Bleach” i, jedyny tytuł dalej emitowany, niekończąca się opowieść zwana „One Piece”. Ogromne nagromadzenie tego typu dzieł sprawiło jednak, że wiele bardziej niecodziennych seriali zatarło się w pamięci. Jednym z takich nieszczęsnych przykładów jest właśnie „D.Gray-Man”. 

    Diabeł tkwi w szczegółach

    Fabuła skupiała się na losach Allena Wallkera. Chłopca, który za sprawą traumatycznych doświadczeń wszedł w kontakt z ciemnymi siłami i został przeklęty przez tajemniczego Earla Millenium, istotę kontrolującą Akumy: żywe bronie, potrafiące przybierać formę ludzi i ukrywać się pośród nich, by potem dokonywać na nich masakry. Allen, dzięki swemu przekleństwu, potrafił odróżnić je od zwykłych obywateli, a przebudzone w kontakcie z Earlem moce Innocence uratowały go od śmierci z jego rąk. Jego nowym celem stało się dołączenie do egzorcystów, zakonu walczącego z niebezpieczeństwami i ratujących ludzkość przed wrogiem, o którym nie zdaje sobie ona sprawy.

    Protagonista nie chciał zostać najsilniejszym człowiekiem na Ziemi, królem piratów, czy nawet rosnąć w siłę (przynajmniej początkowo). Samo to jest już dość odświeżające w ramach formuły „battle shounenów”. Mamy bowiem do czynienia z bohaterem pozbawionym wygórowanych ambicji i po prostu chroniącym ludzi. 

    Sam zakon również jest interesującym motywem. Serial bowiem dość szybko uświadamia nam, że wykreowany świat nie jest czarno-biały. Egzorcyści być może zaangażowani są w jakieś tajemnice i spiski, a demoniczne Akumy są czymś więcej, niż zdawałoby się na pierwszy rzut oka. Dodajmy do tego większą fabułę przeplatającą się z odcinkami proceduralnymi typu „potwór tygodnia” a dostaniemy, jak na tamte czasy, nieoczywistą narrację i fabułę wykraczającą poza klasyczne schematy gatunku. 

    Demony w środku

    Niestety, również „D. Gray-mana” dotyczy kilka problemów: denerwujące momenty komediowe i specjalnie konstruowane w tym celu postaci czy fillery (które i tak były o klasę lepsze od tych z „Naruto” lub „Bleacha”. Dodatkowo było ich mniej). Przede wszystkim jednak, obecnie w serii tej straszyć może ilość odcinków. Tytuł ten należał bowiem do tak zwanych „tasiemców”, serialów posiadających bardzo dużą ilość epizodów, niedzielonych na sezony, a wypuszczanych w ramach jednego ciągu. 103 odcinki oryginalnej serii może i wypadają blado przy zbliżającym się do tysiąca „One Piece”, ale dziś nawet i one stanowić mogą wyzwanie i osobiście zapewne dwa razy zastanowiłbym się przed seansem, który potencjalnie mógłby skonsumować dużo mojego wolnego czasu. 

    Osobiście nie byłem też fanem klasycznego motywu zawiązywania drużyny. O ile w późniejszych etapach jej dynamika była nawet w porządku, tak żadna z postaci nie robiła niczego wyjątkowego i rewolucyjnego, a motyw fabularny o zawiązywaniu współpracy był mocno sztampowy. Co za tym idzie, chętniej śledziłem historię, niż relację między postaciami.

    Powrót po latach

    Warto jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że marka ta jest w dalszym ciągu rozwijana i ma grono miłośników, mimo że nie uzyskała takiego kultu, jak wspominane we wstępie klasyki. Manga powstaje dość nieregularnie, co jest powodowane kondycją zdrowotną autorki. Wynikiem małej ilości materiału źródłowego jest brak animowanej kontynuacji. Część mangi zaadaptowano w 2016 roku w serii „D.Gray-man Hallow”; te 13 odcinków przedstawiło interesującą historię i wiele namieszało w statusie świata i relacjach między postaciami. Fabularnie było naprawdę dobrze. Problem stanowiła natomiast zmiana warstwy artystycznej: z baśniowej i stonowanej, ale dość ponurej i wyblakłej w oryginale, na zdecydowanie żywszą w nowej wersji. Dodatkowo tempo akcji, co zapewne wyszło od reżysera, było dość pośpieszne, ostatecznie przekładając się na przyjemny, acz niepozbawiony wad seans.

    Melodia przyszłości

    Nie wiadomo, co dla serii przyniosą kolejne lata. Wierna grupa fanów, w tym i ja, z pewnością jednak nie pogardziłaby nową adaptacją kolejnych rozdziałów, lub wersją remake całości. Pozostaje życzyć zdrowia mangaczce i docenić niestandardowość tego utworu, zwłaszcza mając w pamięci czasy, w jakich debiutował.

    Patryk Długosz

    Oznaczono, jako

    Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

    Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

    Zamknij!