Czy uczą nas kochać niewłaściwie?

Autor: dnia: 9 maja, 2026

Filmik dziewczyny na TikToku, który zebrał 200 tysięcy wyświetleń, przez napis:

„Ten moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że ulubionej postaci nie da się już usprawiedliwić żadnymi argumentami i po prostu godzisz się z tym, że teraz podobają ci się dranie, których nie trzeba wybielać, bo w tym właśnie tkwi ich urok. Ale potrzebujesz czasu, żeby to zaakceptować”.

Pod tym postem można także przeczytać setki komentarzy, w których ludzie wspominają swoich ulubionych „nielubianych”. Wśród nich: Joffrey Baratheon z Gry o tron, Billy z Stranger Things, Tate Langdon z American Horror Story i nawet Frollo z Dzwonnika z Notre Dame, którego, jak mi się wydawało, wszyscy nienawidzili. Są to różnorodni, niepodobni do siebie bohaterowie, ale tym co ich łączy, to nie tyle samo zło, a zdolność ludzi do pokochania tego zła.

 

W rezultacie dalecy od ideału ludzie coraz częściej stają się ulubionymi, wręcz kultowymi postaciami. Widzimy to w książkach, filmach i serialach, gdzie zło przedstawiane jest jako „genialność” i „złożoność psychologiczna”, czyniąc antagonistę głęboką i pociągającą postacią (na przykład w duchu Milczenia owiec). Ten proces nazywa się romantyzacją, czyli nadawaniem czemuś (wydarzeniom, ludziom, życiu) podniosłych, wyidealizowanych cech, które często nie odpowiadają rzeczywistości.

 

Kocha? Nie kocha?

 

 

Aby porozmawiać na ten temat, spotkałam się z Sofią. Osobą, która, jak mi się wydaje, należy do wszystkich istniejących fandomów świata. I pierwszym, na co zwróciłam uwagę przy spotkaniu, nie była książka Tess Gerritsen w jej rękach ani nawet składany nóż, który nosiła jak brelok, lecz jej czerwone usta. W kąciku było coś podobnego do zadrapania. Zapytałam ją, co to jest, ale odpowiedziała tylko:

– Są dwie opcje. Albo to szminka, albo krew.

Lekko ją szturchnęłam, licząc, że dzięki temu podejdzie do rozmowy bardziej poważnie. Jej ulubioną postacią okazał się Hannibal Lecter, ale nie ten „oryginalny”, o którym każdy z nas mógłby pomyśleć. A bohater, którego gra Mads Mikkelsen. Nie jedyny, ale również niepowtarzalny – jak twierdzi Sofia. Dlatego pierwsze pytanie, które jej zadałam, było dość oczywiste.

– Kim dla ciebie jest Hannibal Lecter?

Jej odpowiedź była oczekiwana. Opisywała go tak, jakby nie chodziło o seryjnego mordercę, lecz o człowieka, którego łatwo uznać za ideał: uporządkowanego, zorganizowanego, pewnego siebie psychoterapeutę. Człowieka, który zna się na anatomii, potrafi słuchać, wzbudza zaufanie, dobrze się ubiera i ogólnie sprawia wrażenie kogoś, kto całkowicie kontroluje zarówno siebie, jak i otoczenie.
Mówiła o tym z szczerym zainteresowaniem, niemal z podziwem i dopiero potem, po tym jak zapytałam, czy powiedziała już o nim wszystko co chciała, dodała: on jest mordercą.
Ten moment wydał mi się kluczowy. Bo wszystko najważniejsze zostało już powiedziane wcześniej, i powiedziane w taki sposób, że „najważniejsze” przestawało być decydujące.
Sofia przyznała, że przyciąga ją w nim właśnie głębia. Według niej ta postać „nie ma dna” – im głębiej się kopie, tym więcej się odkrywa. Jego władza, jego kontrola, jego zdolność trzymania wszystkiego w swoich rękach, właśnie to ją fascynuje.

Stopniowo rozmowa wyszła poza samą postać i przeszła do tego, jak jest ona przedstawiona. Stało się dla mnie jasne, że w dużej mierze chodzi o „opakowanie” – o wygląd, estetykę, samą formę podania. Wystarczy garnitur, ułożone włosy i niski, pewny głos – i voilà, obraz zaczyna działać.

Mimo to Sofia szczerze przyznała, że w pewnym momencie go usprawiedliwiała. I nawet teraz, uważając go za złego człowieka, nie rezygnuje ze stwierdzenia, że zdobył jej sympatię. W tym momencie przypomniał mi się cytat z Portretu Doriana Graya: „Podoba mi się bardzo, ale nie jestem w niej zakochany. – A ona jest w panu zakochana, chociaż pan jej się zbytnio nie podoba”. Ten wewnętrzny konflikt między świadomością a jednoczesną sympatią jest najtrafniejszym przejawem romantyzacji.
W pewnym momencie rozmowa weszła na bardziej ogólny poziom, postrzegania bohaterów i złoczyńców. Wtedy właśnie padła myśl, która w gruncie rzeczy wszystko wyjaśnia:

– Rozumiesz, od bohaterów zawsze oczekujemy zbyt wiele, podczas gdy od złoczyńców – nic. Bohater musi być idealny i nie ma prawa do błędu. Złoczyńca natomiast od początku znajduje się poza tymi oczekiwaniami i właśnie dlatego może pozwolić sobie na więcej.

Ostatecznie Sofia sformułowała zasadę: żeby się nie rozczarować, nie warto się oczarowywać. I, jak sama powiedziała, to już nie z Internetu, tylko z własnego doświadczenia.

 

Na stokrotce nie zostało już płatków.

 

Komentarz psychologiczny do zjawiska romantyzacji przedstawiła Natalia, studentka psychologii. Według niej archetyp „bad boya” przyciąga, ponieważ kojarzy się z dominacją, pewnością siebie i siłą. Tacy bohaterowie wydają się tajemniczy, nieprzewidywalni i emocjonalnie intensywni, co dla wielu osób staje się atrakcyjne. Dodatkowo kobiety często chcą „odkryć” ich łagodniejszą stronę lub wierzą, że będą w stanie ich zmienić.

Natalia zwróciła uwagę, że popkultura bardzo często romantyzuje agresję i toksyczne zachowania, przedstawiając je jako oznakę pasji czy głębokiego uczucia. W efekcie widzowie zaczynają mylić kontrolę, obsesję i zazdrość z miłością. Powstają także jednostronne więzi emocjonalne z fikcyjnymi bohaterami, tzw. relacje paraspołeczne, które mogą przypominać prawdziwe uczucia.

Według Natalii taka romantyzacja wpływa również na relacje w rzeczywistości. Dziewczyny częściej ignorują „czerwone flagi”, ponieważ toksyczne zachowania wydają się ekscytujące i emocjonalne. Relacje pełne „huśtawek”, rozstań i powrotów bywają odbierane jako bardziej intensywne niż spokojne, zdrowe związki. Problem polega jednak na tym, że za tą intensywnością często stoją manipulacja, narcyzm i przemoc emocjonalna.

Dlatego – jak podkreśla Natalia – ważne jest oddzielanie fikcji od rzeczywistości. Warto patrzeć przede wszystkim na czyny, a nie na atrakcyjne „opakowanie” bohatera. To, co w serialu wydaje się romantyczne, w prawdziwym życiu może być zwykłym nadużyciem. Prawdziwa bliskość nie opiera się na strachu i emocjonalnych huśtawkach, lecz na szacunku, bezpieczeństwie i stabilności.

Dlatego pamiętajmy, że romantyzacja to podstępna rzecz. Działa po cichu, podmieniając rzeczywistość na piękny obraz. Oczywiście nie da się jej całkowicie „wyłączyć”, a czasem nawet pomaga przetrwać pewne okresy w życiu, ale najlepsze, co możemy zrobić, to nauczyć się ją kontrolować.
Po pierwsze, trzeba oddzielać obraz od działań. Jeśli usuniemy wygląd, głos, styl i spojrzymy wyłącznie na czyny człowieka, wiele staje się oczywiste. Zachowanie, które w filmie wydaje się „namiętne”, w rzeczywistości może być czystym nadużyciem.
Po drugie, warto zadawać sobie proste pytania: „Czy zaakceptowałabym takie zachowanie w realnym życiu?”. 

Taki wewnętrzny dialog często przywraca kontakt z rzeczywistością.
Ważne jest także, aby nie ignorować „czerwonych flag”. Jeśli coś wywołuje dyskomfort, niepokój lub poczucie presji, nawet jeśli przypomina to słynne „motyle w brzuchu”, to już jest sygnał ostrzegawczy, nawet jeśli dana osoba wydaje się charyzmatyczna lub „wyjątkowa”.
Kolejny istotny element to świadomość w konsumowaniu treści. Zrozumienie, że filmy i seriale celowo wzmacniają emocje i kreują atrakcyjne obrazy, pomaga nie przenosić ich bezpośrednio do życia.

Prawdziwa bliskość nie opiera się na „emocjonalnych huśtawkach” i adrenalinie, lecz na stabilności, szacunku i poczuciu bezpieczeństwa. Wszystko inne może wydawać się bardziej intensywne, ale nie zawsze jest zdrowe.

Kateryna Havryliuk


Aktualnie gramy

Tytuł

Artysta

Audycja on-air

Background