Właśnie gramy

Tytuł

Wykonawca


Wróciła ekstraklasa! Podsumowanie 20 kolejki ekstraklasy

Autorstwana 9 lutego 2022

Ach Ekstraklaso! Może i nie jesteś najszybsza, może niezbyt taktyczna i przyznajmy, że czasami zęby bolą od oglądania szlagieru kolejki. Może to i prawda, że cienia korupcji z przełomu wieków z pamięci niektórych ludzi nigdy nie wymażesz. Faktem jest również, że raczysz obserwatorów absurdami z regularnością szwajcarskiego zegarka. No i pewien jestem, że te 18 zespołów zamiast maksymalnie 16 to skandal, ale jedno muszę Ci przyznać całkowicie szczerze – brakowało mi Cię! Tym bardziej, że kiedy już wróciłaś, to na boisku piłkarze zrobili wszystko, żeby przykryć te niedociągnięcia.

Przewrotka Śpiączki, gol bramkarza, potknięcie Lecha i magiel na dole tabeli – to można było zobaczyć w ostatni weekend i o tym możecie również przeczytać niżej.

*****

W piątek Legia Warszawa pojechała do Lubina, by tam zmierzyć się z Zagłębiem. Obie drużyny zaliczyły fatalną rundę jesienną, choć jak wiadomo, kiedy weźmiemy pod uwagę możliwości finansowe stołecznego klubu i oczekiwania, jakie są przed nim stawiane z roku na rok, to wówczas można zauważyć, że dużo bardziej zawiodła Legia. Zagłębie zalicza w tym sezonie dość spokojny slalom ze środka tabeli w dół, który choć niezbyt zadowalający, to wciąż nie wprawia w czarną rozpacz. Tymczasem Legia spadła z pozycji mistrza wprost do strefy spadkowej. Jeden z dwóch pojedynków drużyn dotkniętych przez ostatnie półrocze, ale o drugim później. 

Mecz zaczął się bardzo spokojnie. To na przyjezdnych spadł ciężar rozgrywania i chyba tylko dzięki Josue to spotkanie nie zamieniło się w pokaz sterylnego posiadania piłki na własnej połowie. Portugalczyk jest ostatnim promykiem nadziei w smutnej kadrze Legii, która po odejściu Luquinhasa przypomina kadrę ligowego średniaka. Środkowy pomocnik w 10 minucie dał wspaniałe podanie penetrujące w okolice 7 metra do Kacpra Skibickiego. U wahadłowego Legii jednak jak zwykle w tym sezonie zawiodła decyzyjność i zamiast wystawić do wbiegającego na pustą bramkę Sokołowskiego zdecydował się na strzał wolejem po krótkim słupku, który wylądował na bocznej siatce.

Ta jedna akcja pokazała w dużym uproszczeniu esencje gry Josue i Skibickiego w tym sezonie, jeden zagrywa wspaniałe piłki z dowolnej pozycji, drugi dzięki swojej aktywności i dynamicznym wbieganiu jest ich adresatem, lecz marnuje okazję za okazją, raz przez błędy techniczne, innym razem przez złe decyzje jak w tym przypadku.

Dalej Legia starała się dostać pod pole karne Zagłębia, ale wyglądało to bardzo powolnie i ociężale. Miedziowi natomiast nie stwarzali żadnego konkretnego zagrożenia, jedynie od czasu do czasu pressując rozgrywających klubu ze stolicy. Ten impas trwałby w najlepsze i mecz zakończyłby się zapewne wynikiem 0:0, gdyby nie geniusz wspomnianego wcześniej portugalskiego środkowego pomocnika.

Najpierw w 40 minucie, schodząc z prawego skrzydła, kapitalnie obsłużył dokładnym mocnym podaniem na 5 metr Rosołka, który wślizgiem zdobył swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie po powrocie z wypożyczenia w Arce Gdynia. Już 4 minuty później po wykopie Boruca i zgraniu od strzelca pierwszej bramki, Josue wypatrzył zbiegającego z lewej strony Skibickiego i fantastycznym podaniem ze środka pola po ziemi wprowadził wahadłowego w pole karne. Strzał młodego legionisty początkowo został zablokowany, a następnie wbity do bramki przez środkowego obrońcę Zagłębia – Bartosza Kopacza.

Nie był to najlepszy powrót do Lubina w wykonaniu świeżo upieczonego kapitana. Samobój odbiera co prawda jakiekolwiek liczby ze statystyk Josue, ale to właśnie jego podanie rozkręciło te akcję i Legia oddając jeden celny strzał schodziła na przerwę, prowadząc 0:2.

Druga połowa przyniosła zmianę w obrazie meczu. Zagłębie obudziło się, przejęło inicjatywę i co chwilę groźnie atakowało bramkę strzeżoną przez Artura Boruca. Tak jak pierwsza połowa potwierdziła dobrze znany fakt, iż Josue jest znakomitym asystentem, tak druga utwierdziła mnie w przekonaniu o znakomitym strzale z dystansu, jakim jest obdarzony Patryk Szysz. Już w 48 minucie piłkę z rzutu wolnego w okolicach 20 metra wypuścił mu Chodyna (choć nie jestem pewien, czy miał ją wypuścić aż na dwa metry), a ten potężnym strzałem lewą nogą umieścił piłkę pod porzeczką. Wymowny był widok Artura Boruca, który przy tym strzale jedynie rzucił się lekko w jej kierunku, nie wyciągając nawet rąk. 

Po bramce kontaktowej Zagłębie jeszcze bardziej docisnęło Legię. Co chwila z dystansu bombardował Szysz, ale pole karne Wojskowych stanowiło niedostępną strefę dla ofensywy Lubinian. Nie wypracowali sobie przez 40 minut żadnej klarownej sytuacji i ta bezpłodność zemściła się w 88 minucie, kiedy po pinballu w środku pola i błędzie w ustawieniu defensywy Zagłębia, piłkę otrzymał w polu karnym zupełnie nieobstawiony Paweł Wszołek, wracający do stolicy po nieudanej przygodzie w Unionie Berlin.

Dwa kontakty z piłką wystarczyły mu, by wypracować sobie pozycję i zdobyć bramkę dokładnym uderzeniem w lewy dolny róg. Kto wie, może gdyby w Berlinie pozwolili mu trochę częściej kopnąć piłkę, to w tej chwili niemiecka drużyna biłaby się o mistrzostwo z Bayernem?

Żarty na bok. Zagłębie nie stworzyło już dogodnej sytuacji w tym meczu i Legia po raz drugi w tym sezonie zgarnęła komplet przeciwko Miedziowym. Sytuacja Lubinian staje się coraz mniej ciekawa, gdyż mają jedynie dwa punkty przewagi nad strefą spadkową, a wszyscy pod nimi nie tylko łapią wiatr w żagle w ostatnim czasie, ale również wydają się być dużo bardziej zdeterminowani w walce o utrzymanie.

Legia natomiast nie zagrała dobrego meczu, w drugiej połowie wyglądała bezradnie, a w pierwszej została uratowana dzięki klasie Josue. Jednakże w tej chwili przy Łazienkowskiej najważniejsze są trzy punkty, których wcale nie można brać za rzecz wielce prawdopodobną, nawet w przypadku meczów z kiepskim w tym sezonie Zagłębiem Lubin.

*****

W sobotę do Gliwic na mecz z Piastem wpadła walcząca o mistrzostwo szczecińska Pogoń. Naprzeciwko siebie stanęli między innymi dwaj najlepsi bramkarze ekstraklasy, Dante Stipica i Frantisek Plach. W połączeniu z żelazną defensywną Pogoni i nie najgorszą linią obrony Piasta mogliśmy spodziewać się spotkania dla koneserów, z małą ilością akcji podbramkowych. Takiego, w którym zdecydują detale. Zdradzę Wam sekret, że rzeczywiście tak było. 

Obie drużyny preferowały grę skrzydłami, choć Piast bardziej liczył na pressing i kontry, natomiast Pogoń raczej rozgrywała z jednej strony na drugą. Nie dziwne, tam właśnie znajdują się ich największe atuty, Po lewej stronie Gliwiczan szalał Damian Kądzior, lecz brakowało mu skuteczności przy strzałach, ewentualnie brakowało jej jego kolegom, przede wszystkim Vidzie, który zmarnował w 18 minucie doskonałą wrzutkę Polaka, posyłając futbolówkę wysoko nad bramką. W Pogoni natomiast tempo dyktowali dynamiczni boczni obrońcy oraz duet Grosicki-Kowalczyk. Niewiele jednak wynikło z ich akcji do przerwy poza kilkoma rajdami i wrzutkami. Do przerwy bez bramek.

Po przerwie gra się nieco rozkręciła. Kilka niezłych okazji zmontował Piast, na bramkę uderzali między innymi Pyrka i Sappinen. Na nieszczęście Piastunek popularny Ośmiornica w bramce Pogoni był tego dnia nie do pokonania. 

W 60 minucie Pogoń wreszcie przeszła do konkretów. Kowalczyk zszedł na prawą stronę z piłką i korzystając z braku zdecydowania obrońców Piasta wyczekał na dogodny moment i podał mocno po ziemi w pole karne. Tam podanie przeciął Kamil Grosicki i otworzył wynik spotkania strzałem z okolic 11 metra w lewy róg.

Bramka nie obudziła Piasta, ani nie sprawiła, że Pogoń rzuciła się do ataku z większym zapałem. Mecz był statyczny jak wcześniej, dużo gry na własnej połowie, pojedynki w środku pola i niezbyt udane rajdy skrzydłami. W pewnym momencie zacząłem współczuć trenerowi Fornalikowi. Wystawił w tym meczu wszystkich swoich trzech napastników (Sappinen do 52 minuty, a od 52 Toril i Wilczek), a Piast w ofensywie nie stworzył żadnej klarownej sytuacji. Pogoń natomiast zamknęła mecz w 82 minucie. Klepka Łęgowskiego z Kucharczykiem na prawym skrzydle i proste podanie tego drugiego w pole karne, gdzie zaspana obrona Gliwiczan nie przypilnowała debiutującego Bichakhchyana (życzę powodzenia komentatorom), który lekkim strzałem sprzed piątki umieścił piłkę w siatce.

Do końca meczu już nic się nie wydarzyło. Piast po raz kolejny pokazał, że to nie będzie ich sezon i na powrót do czołówki nie ma co liczyć. Pogoń natomiast zaskakuje skutecznością. Dwie dobre sytuacje dały dwa gole w meczu wyjazdowym. 

*****

Powiedzieć, że w niedzielę o godzinie 12:30 (wspaniała pora) serwowane są nam przez ekstraklasę mecze niebagatelne, to jak nic nie powiedzieć. Tym razem trafił się mecz 17-stej w tabeli Warty Poznań z 16-stym Górnikiem Łęczna. Najsłabsza ofensywa ligi kontra najsłabsza defensywa (ex aequo z Zagłębiem Lubin) to sytuacja niebanalna, a jeśli dodamy do tego kontekst śródsesyjnej niedzieli mamy mieszankę dla prawdziwych koneserów piłki. Jakoś zawsze tak miałem, że wolałem walki w błocie niż pojedynki na szczycie. Może stąd właśnie zamiłowanie do polskiej piłki? Nie czuję jednak, by czyniło mnie to wyjątkowym, przecież chyba zgodzicie się, że najciekawszą częścią Boskiej komedii jest właśnie Inferno

W pierwszej połowie bezdyskusyjnie dominowali gospodarze z Poznania. Górnik wyglądał nieporadnie, nie potrafił wyjść z własnej połowy ze składną akcją i ratował się wybiciami, choć ciężko nazwać to kick-and-rushem. Tam był tylko kick. Jednakże na drodze Warty stawała poprzeczka (Papeau półwolejem w 13 minucie), przepisy spalonego (nieuznany gol Zrelaka w 41 minucie) lub po prostu dobrze dysponowany Gostomski. Mecz jednak nie powalał jeśli chodzi o ilość klarownych sytuacji bramkowych. 

Całe szczęście w drugiej połowie widowisko prezentowało się już lepiej. Poprzeczkę ponownie obiła Warta, a konkretniej Szelągowski z rzutu wolnego w 49 minucie. Ważniejsze było jednak to, że Górnik również zaczął grać w piłkę, gdyż po pierwszej połowie trzeba było naprawdę dobrego prokuratora, by oskarżyć Łęcznian o coś takiego. Kamil Kiereś znowu zwycięża moralnie, gdyż to właśnie trzy zmiany w przerwie stanowiły istotną cząstkę poprawy dyspozycji przyjezdnych. Przełożyło się to na konkretne akcje, jak ta z 54 minuty, kiedy po dośrodkowaniu Banaszaka, który swoją drogą znacznie zdynamizował grę Górnika w ofensywie swoim wejściem, naciskany przez obrońcę Krykun spudłował do pustej bramki.

Nic straconego, bowiem chwilę później, w 57 minucie z kontrą znów ruszają Łęcznianie. Lokilo wypuszcza Banaszaka, ten robi kółeczko i oddaje piłkę Gąsce, który podaje do Lokilo. Skrzydłowy Łęcznej schodzi na lewą nogę i wrzuca podcinką do Bartosza Śpiączki, który niesamowitą przewrotką umieścił ją w siatce. Przyznać trzeba, że Adrian Lis nie zachował się w tej sytuacji najlepiej, ale nie odbierajmy tego Śpiączce – strzał wyglądał spektakularnie. Jego dziesiąta bramka w tym sezonie. Najbardziej wyjątkowy gol tej kolejki w wykonaniu napastnika Górnika…

…albo przynajmniej tak by się mogło zdawać. Łęczna broniła się nieźle, lecz po strzelonej bramce oddała inicjatywę Warcie. Blisko wyrównania był Jakóbowski, który w 93 minucie trafił główką w słupek (w sensie piłką, ale po uderzeniu głową). Łęczna już witała się z gąską, już dopisywała sobie te trzy punkty, już myślała, że najgorsze jest za nią. Otóż nie.

W 94 minucie w pole karne Łęcznian przybiegł Adrian Lis by wesprzeć kolegów z drużyny kolejnym rosłym zawodnikiem w polu karnym i to właśnie bramkarz Warty przeciął dośrodkowanie Trałki i wpakował piłkę głową do siatki. W jakim innym meczu mogło się to wydarzyć, jeśli nie w tym?

Koniec końców drużyny dzielą się punktami i niedosyt mogą chyba czuć jedni i drudzy. Warta pozostała w strefie spadkowej mimo całościowej przewagi w meczu, Łęczna zremisowała po straconej bramce w ostatniej minucie spotkania. Tym samym status quo zostało zachowane. Trzeba jednak przyznać, że obie drużyny zaczynają cieszyć oko, po fatalnym początku sezonu i kto wie, może zobaczymy przynajmniej jedną z nich w przyszłym sezonie. Po świetnym grudniu w Łęcznej i rewolucji taktycznej trenera Szulczka w Warcie wszystko jest możliwe.

*****

Zwycięstwo 2:1 nad Jagiellonią odniosła Termalica i tym samym jeszcze bardziej skomplikowała sytuację  w dole tabeli. Górnik Zabrze zwyciężył 1:2 na wyjeździe w Mielcu z miejscową Stalą. Lechia pewnie pokonała słabo prezentujący się na inaugurację Śląsk Wrocław 2:0. Taki sam rezultat padł w Częstochowie, gdzie Raków bez problemów odprawił Wisłę Kraków. Po szalonym meczu na stadionie przy Kałuży Cracovia zremisowała 3:3 z Lechem Poznań. W poniedziałek odbyły się derby Mazowsza pomiędzy Radomiakiem i Wisłą Płock, które pozostały nierozstrzygnięte (1:1). 

Jan Woch

Oznaczono, jako

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Do jej poprawnego działania wymagana jest akceptacja. Polityka cookies

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close