[Brak stacji radiowych w bazie danych]

    rzenieMa spełnienia

    Autorstwana 5 listopada 2021

    Żyjąc w Polsce, czasem czuję się jak Arielka. Mam głos, ale nie mogę go użyć. Boję się go użyć. Przecież lepiej trzymać język za zębami. W końcu starszym nie wypada zwracać uwagi, bo i tak nic nie wskóram. Na całe szczęście nasi przodkowie stwierdzili, że rysowanie znaków w jaskiniach to świetny pomysł, a ja dzięki temu mogę dziś bezkarnie pisać na laptopie słowa, które zostały uwięzione w muszli i przepadły w otchłani morskiej wraz z decyzją o zachowaniu milczenia.

    Jest czwartek, godzina 17.30. Wsiadam do autobusu, żeby na spokojnie dojechać na koncert, który planowo ma się rozpocząć o godzinie 19. Zbliża się weekend, ludzie wracają z pracy, Kraków stoi w długich na parę kilometrów korkach. W tym mieście zawsze to tak wygląda, więc raczej nikogo nie dziwi, że dojazd z Ruczaju na Czyżyny może chwilę zająć. Nie dziwi to nawet mnie, osoby, która ma zerowe pojęcie o nawigacji i zawsze spośród dwóch przystanków,wybiera ten, który jedzie w dokładnie odwrotnym kierunku do tego, w którym chcę się udać. Jadę spóźnionym już autobusem, a potem długo wyczekiwanym tramwajem numer 22. Im bliżej miejsca docelowego, tym więcej osób obok mnie mówi o koncercie. Zakładam słuchawki i puszczam muzykę klasyczną w tle, żeby mentalnie przygotować się na spełnienie mojego małego, muzycznego marzenia.

    Docieram na miejsce, stoję w kolejce. Maseczki, dezynfekcja, sprawdzanie biletów, nieobowiązkowa szatnia, ale mi i ludziom wokół będzie wygodniej, jeśli pozbędę się wielkiego płaszcza, czapki i szalika na następne dwie godziny. Naprzeciwko szatni widzę czynny bar, który nadaje temu miejscu klimat kina – a przynajmniej w moim odczuciu.

    Ludzie kupujący nachosy i piwo są niczym osoby bijące brawo pilotowi za wylądowanie. Jednak czepianie się, że ktoś je poza halą główną nie byłoby do końca w porządku. Może nie zdążyli zjeść obiadu, a piwo to tylko na odstresowanie po ciężkim dniu w pracy. Nie wiem – puszczam to w niepamięć.

    Oddałam rzeczy i kieruję się w stronę mojego sektora. Miła pani z obsługi eventu pomaga mi znaleźć miejsce. Świetnie, zaraz obok wielkiego czerwonego kosza – jednego z kilkunastu stojących na płycie głównej. Od razu czuję się tym faktem upokorzona. Nie po to opłaciłam droższy bilet, żeby moim kompanem w spełnianiu marzenia był kosz na odpady zmieszane, czytaj niedopite piwo i miseczki po chipsach. Zaciskam zęby i siadam. Trudno, to nic takiego.

    Za chwilę powinien zacząć się koncert, a na hali co najmniej połowa miejsc jest pustych. Ludzie wchodzą i wychodzą, przepychają się, wracają z kolejnymi kuflami, zupełnie jakby zaraz na scenie mieli oglądać mecz reprezentacji Polski. Chociaż – sama nie wiem – na niego chyba nie przyszliby spóźnieni.

    Po chwili miejsca obok mnie się zapełniają. Po mojej prawej siedzi jakaś para – dziewczyna i chłopak. Obydwoje w maseczkach, co trochę mnie pociesza. Jeszcze nie wiem, że większość koncertu będę oglądać przez ekran telefonu chłopaka. Było tak do momentu, aż pani z obsługi nie powiedziała mu dosadnie, że nagrywanie jest zabronione. No tak, zabrakło przecież formułki przed seansem dotyczącej praw autorskich.

    Po mojej lewej – tuż przed 19.00 – dosiada się jakaś rodzina. Domyślam się po tym, że wszyscy ze sobą rozmawiają o jakimś grobowcu. Zbliża się święto zmarłych, więc rozumiem, że może to być dosyć palący temat, jednak nie uważam, że to odpowiednie miejsce na takie rozmowy. Niestety, nie wypada mi już założyć słuchawek i odciąć się od tej emocjonującej dyskusji. Nie udaje mi się to teraz, kiedy scena jest pusta, ani przez następną godzinę trwania koncertu. Zasłaniam moje lewe ucho żeby tego nie słyszeć, przechylam się, spoglądam na nich, ale nie ma żadnej reakcji.

    Koncert trwa, jest przepięknie, tylko ja czuję się jak na obiedzie niedzielnym, kiedy każdy nagle musi wyrzucić z siebie gniew nazbierany w ciągu tygodnia. Na domiar złego całość tej kłótni okraszona jest piwem i tłustym jedzeniem, po których śmieci będą regularnie co 15 minut wyrzucane z hukiem do kosza, stojącego centralnie przed nami, w celu chwilowego rozładowania ciężkiej, awanturniczej atmosfery. Dobrze, że na scenę weszła Justyna Steczkowska, bo przynajmniej na czas trwania jej występu na krzesłach obok zapadła błoga cisza. Wreszcie mogę skupić się na muzyce, a przynajmniej taką mam taką nadzieję.

    Niestety, zostaje ona bardzo szybko rozwiana. Jest godzina 20.00. Koncert zaczął się godzinę temu, a w ciągu całego tego preludium nie miałam ani momentu, żeby skupić się na tym, po co tu przyszłam. Przez halę w ciągu godziny od rozpoczęcia przewaliła się co najmniej połowa uczestników wydarzenia – tłum starszych pań w futerkach zarzuconych na jedno ramię, rodzin wielodzietnych czy panów w koszulach włożonych niedbale w jeansy. Wszystkich ich łączyły trzy rzeczy: głośne dyskutowanie z obsługą w celu znalezienia swojego miejsca, oświetlanie twarzy siedzących i przepychanie się między rzędami. Więc zamiast o koncercie, myślę o tym, co można by zrobić, żeby Polaków nauczyć kultury, szanowania ludzi i ich czasu.

    Nic jednak nie wymyślam, więc płaczę tylko na utworze z Gladiatora. Nie wiem, czy to dlatego, że jest taki piękny, czy że chciałam opuścić tę halę już z dziesięć razy. 

    Koncert powoli dobiega końca. Dostrzegający to ludzie wstają z krzesełek, żeby przygotować się do biegu do wyjścia. Część rezygnuje z obejrzenia bisu i ostentacyjnie wychodzi z hali. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że to dokładnie te same osoby, które przyszły spóźnione na koncert. Może przypadkiem, dziwnym zbiegiem okoliczności, któraś z nich przeczyta ten tekst, i pomyśli sobie: nie moja wina, że takie korki tym w Krakowie. Masz rację. Myślisz, że przysługuje zwrot kosztów za marzenie, które mnie nie spełniło? Bo chyba będę domagać się od siebie reklamacji.

    Faustyna Górska


    Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

    Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

    Zamknij!