Radio ujot.fm

studenckie, niefiltrowane

Właśnie gramy

Tytuł

Wykonawca

Background

Proste oczy błysną jeszcze nieraz dziecięcym ogniem

Autorstwana 6 grudnia 2020

Recenzja płyty Pawła Bokuna Pjes uliczny

2016 był bardzo dobrym rokiem dla polskiego mainstreamowego hip-hopu. Pełnoprawne debiuty wydali PRO8L3M czy Taco Hemingway, album wypuścił Łona (co w przypadku szczecińskiego rapującego prawnika nie jest częste), a brylujący ostatnio z Darią Zawiałow na listach przebojów Quebonafide był w ogniu promocji swojego najbardziej imponującego projektu: Egzotyka to materiał inspirowany podróżami rapera, z teledyskami nagranymi w kilkunastu krajach świata. Jednocześnie rapowy globtroter rozwijał prężnie swoja wytwórnię płytową. 2016 rok to czas jednej z największych aktywności QueQuality, na kanał labelu niemalże codziennie trafiały numery zarówno zakontraktowanych raperów, jak i graczy pojawiających się tylko na gościnne występy. Wśród takiej wielorakości i intensywności publikowania kolejnych utworów i teledysków, fanom hip-hopu mogła umknąć pewna mała, skromna płytka, wydana w QQ w sumie trochę przypadkiem, a o mało co w ogóle nie opublikowana. Płyta, która – nie boję się tego stwierdzenia – jest moim ulubionym albumem w historii polskiego rapu.

Pjes Uliczny to bootlegowy debiut Pawła Bokuna, złożony z utworów, które udało się autorowi uratować z awarii komputera. Raper i producent z Drawna dłubał swoją pierwsza płytę w domowych warunkach, produkując samodzielnie wszystkie bity, a także rapując i pisząc wszystkie zwrotki. Zaowocowało to prawie godziną materiału, który stanowi spontaniczne, ale też niezwykle emocjonujące zajrzenie w głąb rzeczywistości Bokuna. Nieperfekcyjną, z fałszującymi wokalami, dziwnym miksem i jakby posklejaną taśmą klejącą na szybko, ale przy tym szczerą, porywającą i w pewien pokrętny sposób genialną.

Zaczynamy od melorecytowanego Intra, które w paru skromnych wersach przekazuje chyba wszystkiego wątki tej płyty w pigułce. „Nie wszystko czego zrobię w [życiu] mogę obrócić w żart” mówi Paweł i zdaje się to być motywem powracającym na jego płycie – Bokun jest człowiekiem rozrywkowym, uśmiechniętym, traktującym życie z pewnym dystansem i dozą ironii, ale jednocześnie świadomym tego, że ta postawa nie zawsze jest dobra i w gruncie rzeczy stanowi tylko odsuwanie od siebie problemów i rozterek.

Hooptie to oparte o syntezatorowy, g-funkowy bit powolne cudo, które upodabnia małe Drawno do parnego Los Angeles. Tekstowo Paweł maluje obraz małomiasteczkowego, pełnego marazmu i powolnego kiszenia się we własnych problemach życia, w którym jedyne, co pomaga to „tany-tany w dobrej ekipie”. Jednocześnie ta warstwa monotonii ukryta jest pod pozorną beztroską, która zdaje się być jak kolorowy plaster naklejony na złamaną nogę – niby ładnie wygląda, ale w sumie nic nie pomaga.

Podróże małe i duże to ten moment, w którym Bokun doprowadza do mistrzostwa pisanie w lekki sposób o sprawach trudnych. Utwór opisuje bowiem… przeżytą przez Pawła w dzieciństwie chorobę nowotworową. Tej strasznej rodzinnej tragedii nie otacza jednak atmosfera patosu czy sztucznej motywacyjnej gadaniny. Zamiast tego raper patrzy na te dramatyczne wydarzenia z dziecinną wręcz naiwnością, dorzuca luźne metafory („sześć chemii z rzędy skutecznych jak prawnik z urzędu”) oraz niemalże kreskówkowe zabiegi (ad-liby „hoho” i „hihi” gdy wspomina o leczeniu). Wszystko to do akompaniamentu słonecznego, nieco orkiestrowego bitu z wibrującym basem, który czasem wchodzi w fortepianowe wyciszenie.

Biegnę do ciebie to przede wszystkim cudna linia basu i wyraźne, nieco suche bębny, które budują szkielet utworu. Paweł na refrenie nieco fałszuje, nie wszystkie ślady wokalu są do końca zsynchronizowane, ale w pokrętny sposób słucha się tego przyjemnie. Może dlatego, że amatorskie brzmienie nagrania rekompensuje niesamowite poczucie rytmu Bokuna i jego umiejętność do budowania bardzo luźnej, funkowej atmosfery utworu. Playboy z Drawna ma na bicie niesamowitą charyzmę uroczego, szczerego chłopaka, którą nadrabia braki warsztatowe. Podobne refleksje można mieć przy tytułowym Pjesie Ulicznym, gdzie pierwsza zwrotka aż rozbrzmiewa od fałszów w wokalu i niedociągnięć. Mimo wszystko jednak luźne, nieco ironiczne braggadacio Bokuna wciąga słuchacza całkowicie. Z kolei bit… jest chyba najlepszym podkładem na płycie: bębniąca równo perkusja, gwieździsty syntezator, organiczny bas. Cały ten skład przenosi słuchacza w złotą erę tanecznego soulu, gdzie na parkiecie Bokun wyprawia swoje nieskoordynowane wygibasy. A słuchacz śmieje się. Lecz nie z niego, ale z nim.

Boom-bapowy, klaszczący bit wita nas w Woronicza 17 – ubranej w g-funkową butność kpinę z komercjalizacji i kapitalizmu. Po minucie podkład zmienia się na ambientowo-cloudrapowy i jest to chyba pierwszy moment na płycie, w którym Bokun odsłania tę autentycznie smutną, refleksyjną stronę, nie schowaną za maską ironii i dystansu. „Od 23 lat w tym samym miejscu” – nuci Paweł, a nam przed oczami rysuje się obraz pochłoniętego w marazmie niespełnionego marzyciela. Obraz, który już w sumie był obecny w Hooptie, ale tu nikt nie chowa go za zasłonką ze słonecznej, wakacyjnej zabawy.

Podobną wizję mamy w powolniejszym, obfitym lirycznie Y Society, w którym zwracają uwagę rozmarzone, skwierczące syntezatory i delikatna, samplowana trąbka. Wyciszony w zwrotce podkład wybucha pełną gamą dźwięków na refrenie, a Bokun śpiewa: „Czuję, że mógłbym zacząć żyć”, ale przez mnogość problemów, jakie przytłaczają go w innych wersach słuchacz ma wrażenie, że słowa te wypowiada bez zbytniego przekonania.

Od tygodnia i Devil Dha Dhudhe to dwie niespełna dwuminutowe miniaturki, stanowiące niejako mini opowieść o imprezie i jej skutkach na tle rozważań o pieniądzach. Jak się dowiadujemy, Bokun „nie lubi imprez, na których nie może pić. Potem wraca do domu, wkręca w siebie okrągły litr. Mój Boże, przecież miałem z tego wyjść jak włosy z głowy, to się ciągle zdarza”. Energetyczny, podszyty porządnym bębnem bit nie zapowiadał nam tematyki uzależnienia od alkoholu, ale co powiecie na zaserwowanie nam linijkę później myśli samobójczych? „Chyba jestem gotowy uderzyć z grubej nogi w samo sedno kalendarza” – rapuje Bokun, zaskakując słuchaczy tak nagłą poważną tematyką. Zaskoczył chyba też sam siebie, bo zaraz nawija do Pawła z poprzedniej linijki: „Stop, przestań kłamać, masz po co żyć, drzemie w tobie ten drawieński sznyt.” Ostatecznie Bokun dochodzi do wniosku, że „dziś się czuję, że się czuję na zapas, jutro będę kwilić i płakać”.

Jak obiecał, tak zrobił. Devil Dha Dhudhe zaczyna się od kontrastującego z energetycznym Od tygodnia balladowym pianinkiem i słowami „Kiedy wyrzuciłeś wszystkie już butelki i przemyłeś brudną, skacowaną twarz”. Paweł więc ewidentnie na następny dzień „kwili i płacze”, jednak jak się potem dowiadujemy, jedyne co ma w głowie „to gdzie moje ciężko zarobione, wychuchane pieniądzory są”. Całość kończy nieco prześmiewcze outro nawiązujące do Milionów monet Mroza.

Umarł, ale żyje (lol) to potężna, siedmiominutowa funk-rapowa epopeja dokumentująca coś w rodzaju pijackiego, egoistycznego ferworu zakończonego autorefleksją. Pierwszy segment to hedonistyczna, indywidualistyczna przewózka o cudnym życiu z dala od toksycznych ludzi, z kochającą kobietą, która jak się będzie zbyt dąsać to można się z nią rozstać oraz z „widokiem na San Jose”. Ostatnia zwrotka tego segmentu zaczyna się od przechwałek i uniesień, które zostają nagle przerwane w połowie refleksją. Paweł zastanawia się, czy sam nie należy do tych „toksycznych ludzi”, od których próbuje się odciąć.

Następna część utworu to… modlitwa. Bokun zwraca się wprost do Boga, aby ten ochronił go przed złem. Przez zło rozumie prawdopodobnie samego siebie, swoje przerośnięte ego i demony, które go dręczą. Bokun jednak do Boga ma podobnie zdystansowany stosunek jak do reszty świata i zwraca się do niego per „Ryju”. Końcówka Umarł, ale żyje (lol) to moment, w którym Pjes Uliczny wchodzi w decydującą fazę poważnej autorefleksji Bokuna nad samym sobą. W całym numerze mieszają się motywy problemów z alkoholem, refleksji nad przywarami narodowymi Polaków, niemożnością Bokuna do podjęcia jakichkolwiek ambitnych działań i w końcu przebudzoną religijnością drawieńskiego rapera, która swoje rozwiązanie znajdzie na płycie potem.

Święty i Nawrócony w Drawnie to chyba najmroczniejsze momenty na płycie. Pierwszy charakteryzuje się opartym na samplu pianina trapowym bicie. Powracamy znowu do perspektywy narodowego marazmu, a pierwsza zwrotka to słodko-gorzki obraz typowej polskiej rodziny. Potem pojawia się motyw dziecięcych marzeń, które miliony razy spełniamy w swojej głowie, nawet jeśli nie ruszymy w tej sprawie realnie palcem. Taka postawa prowadzi do desperacji i poczucia niespełnienia. Paweł chciałby wyjść ponad to, chce być tytułowym świętym, ale chyba nie jest to takie proste.

Religijne motywy powracają w Nawróconym w Drawnie. Znowu sampel pianina, znowu mroczny trapowy bit, a w tekście połączenie motywów uzależnienia od alkoholu i przebudzonej, ale wciąż nie do końca pewnej religijności. Paweł, w obliczu nałogu, zwraca się do Boga bo „nie ma innych planów na teraz” i prosi: „Mały plastikowy Jezu, zmiłuj się nade mną, bo znowu chce mi się chlać”, odnosząc się do kiczu i komercji, jakie często otaczają obrządki religijne. Jest to numer, przy którym słuchaczowi w pełni objawia się ta pełna, w gruncie rzeczy dość depresyjna wymowa albumu. Pjes uliczny tylko z pozoru jest bowiem boom-bapową płytą o wesołym, otyłym typku z małego miasteczka. W rzeczywistości to opowieść o marazmie, nałogach, niespełnionych marzeniach i człowieku, który nie potrafi wzbić się ponad swoje chore, dziwne ambicje, przez co zawodzi w życiu innych, ale przede wszystkim siebie samego. I w Nawróconym w Drawnie widać to jak na dłoni, a przed oczami stają słuchaczowi te tuziny innych linijek z poprzednich utworów, które wcale nie brzmią już tak wesoło, jak brzmiały za pierwszym odsłuchem.

Nawet jednak w najmroczniejszym momencie swojego opus magnum, Bokun nie potrafi powstrzymać się przed ubraniem wszystkiego w żart, ironię, dystans. Gdy wprost rapuje o zniszczeniu sobie życia przez nałóg – podkłada w tle śmiech z puszki, gdy modli się do Boga – karykaturalnie podwyższa głos, gdy mówi o niespełnionych marzeniach – udaje szczekanie psa. Tak jakby wypowiedziane przez siebie samego w Intrze zdanie „Nie wszystko czego zrobię w [życiu] mogę obrócić w żart” postanowił potraktować jak wyzwanie i jednak zażartować sobie ze wszystkiego. Czy to akt desperacji? A może próba przekazania czegoś, co gdyby było powiedziane na serio okazałoby się zbyt ciężkie do przełknięcia?

Maciej Bartusik


Kontynuuj przeglądanie

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!