Radio ujot.fm

studenckie, niefiltrowane

Właśnie gramy

Tytuł

Wykonawca

Background

Jak być złym i nie zwariować – recenzja ,,Overlord”

Autorstwana 17 kwietnia 2021

Zdałem sobie sprawę, że w natłoku artykułów o grach, anime, serialach i filmach, nigdy nie udało mi się pochylić nad jednym medium, które darzę wyjątkową sympatią – nad książkami. Jak mówię, nie wynika to z tego, że książek nie lubię, albo uważam, że nie warto o nich mówić, bo wręcz przeciwnie. Wynikało to z tego, że zwykle czytam tytuły stare lub/oraz takie, które zainteresowałyby tylko mnie (jak na przykład zbiór dwudziestowiecznych satyr izraelskich).

Jednak zważywszy na to, że czytasz ten tekst, to postanowiłem jednak coś o literaturze napisać. Czy oznacza to, że przeczytałem arcygenialną powieść, o której każdy musi usłyszeć? Nie, Overlord, czyli seria, o której będę pisać, nie jest dziełem rewolucyjnym, ani tym bardziej wybitnym. Dobrze, więc czemu to wszystko? Bo szczerze: chcę tym tekstem osiągnąć to, co niejako te książki zrobiły ze mną. Czyli opowiedzieć o tym, że literatura to medium, które nie oznacza od razu artystycznych, wybitnych dzieł, a może być po prostu przyjemną, głupią rozrywką; i z tym myśleniem zapraszam do lektury recenzji.

Przeczytałem 6 tomów Overlorda, co oznacza, że jestem w połowie tego, co wydali w Polsce, jednak wydaje mi się, że pozwala mi to wypowiedzieć się całkiem merytorycznie o tym, jak to się czyta. A czyta się różnie. Ta saga, pisana przez Kagune Maruyama, opowiada o Momondze, pracowniku biurowym, którego jedyną rozrywką było granie w grę MMO na VR z przyjaciółmi. Z biegiem czasu, ukochany tytuł tracił użytkowników, w tym kumpli bohatera, a ostatniego dnia przed zamknięciem serwerów siedzi on w lobby gry i zostaje przeniesiony na stałe. Postanawia wyruszyć w podróż w poszukiwaniu innych graczy, którzy również utknęli, z pomocą NPC, których stworzyli jego dawni przyjaciele.

Domyślam się, że wielu ludzi już odeszło, czytając o tym, jak bardzo jest to sztampowe fantasy (swoją drogą, jakiego innego gatunku można się spodziewać po serii, która ma 11 tomów?). Ale! Momonga pozostaje swoją postacią w tym świecie – szkieletem, nekromantą, a wspomniani wyżej towarzysze to banda potworów, demonów i psychopatów. To jest właśnie coś, co mnie kupiło w tej serii: perspektywa złego w świecie fantasy.

Macie ochotę pooglądać plądrowanie bezbronnej wioski z perspektywy plądrującego – proszę bardzo. Dziesiątkowanie armii szlachetnych rycerzy – nie ma problemu. Szantażowanie i stawianie żądań rodzinie królewskiej – będzie, i wiele, wiele innych. Oczywiście seria nie idzie w tym za daleko, bo inaczej byśmy protagonistę znienawidzili, niźli mu kibicowali, natomiast nie cofa się przed eksploatacją historii o stereotypowym władcy demonów…

Choć zdarzają się momenty, że jednak to robi; jest kilka bowiem fragmentów, gdzie Momonga, targany ludzkimi uczuciami, wyrusza na przygody przypominające bardziej klasyczną fantastykę, na szczęście jest to na tyle rzadkie, by nie psuło obrazu.

Momonga (lub Ainz, jak go nazywają), to moim zdaniem najsłabsza część cyklu. Jego monologi o starych dobrych czasach grania z kumplami wydają się wlec bez końca. Natomiast to, że każda postać traktuje go jak Boga i płaszczy się przed nim, wygląda jak próba leczenia kompleksów autora. Natomiast w późniejszych tomach pierwsze skrzypce grają postaci poboczne, i bardzo dobrze. Wspomniana już banda psychopatów i demonów jest po prostu interesująca i nieograniczona więzami bycia protagonistą serii fantasy. Moim ulubieńcem jest Demiurg, rogaty elegancik w garniturze, który planuje kilka ruchów do przodu i tłumaczy wszystkim plany protagonisty (nawet jemu samemu). Poza tym jest Kokytos, wielki, przypominający modliszkę potwór, który zachowuje się, jakby był wyrwany z filmów Kurosawy, oraz Sebas – lokaj, który jest odpowiedzią na pytanie: co by było, gdyby Alfred się nie ograniczał.

Książka należy do nurtu Light Novel, więc podchodzi już pod kulturę anime. I faktycznie: seria doczekała się adaptacji, ja jednak polecam przeczytać po prostu pierwowzór. Z dwóch powodów – po pierwsze, animacja stoi moim zdaniem na dramatycznie niskim poziomie, a po drugie, jeśli bym polecał teraz anime, to wstęp tego artykułu nie miałby sensu. Miłego czytania (czegokolwiek).

Szymon Stankiewicz


Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!