Z ARCHIWUM JAZZGOTU: 28. BIELSKA ZADYMKA JAZZOWA

Autor: dnia: 15 października, 2026

16-22.03.2026

Organizacja każdego festiwalu to spore wyzwanie. Mogę o tym napisać z pełnym przekonaniem, bo przy Bielskiej Zadymce Jazzowej pomagam od 21. edycji (łącznie z istniejącymi od jakiegoś czasu edycjami letnimi). To zresztą pierwszy festiwal jazzowy, na którym byłam i jedno z tych wydarzeń, dzięki którym jazz stał się integralną częścią mojej tożsamości i motywem przewodnim większości dni. Korzystając więc z festiwalowych doświadczeń gromadzonych przez lata, a w tym roku mojej podwójnej roli wolontariacko–reporterskiej, pragnę przybliżyć Drogiemu Czytelnikowi pokrótce każdy z festiwalowych dni.

Na wstępie jednak nie omieszkam wspomnieć, że na organizację festiwalu składa się wiele (nie zawsze dostrzeganych) etapów, rozpoczynając od iskry pomysłu, przez planowanie, finansowanie, promocję, aż po realizację i dokumentowanie koncertów oraz ogrom formalności. Do tego potrzeba pracy wielu osób, takich jak dyrektorzy, administracja, koordynatorzy, wolontariusze. Wreszcie w kulminacyjnym momencie zjawiają się sami artyści, publiczność, media, którymi przecież również trzeba się zaopiekować. Nie sposób więc wymienić w krótkim (przynajmniej w założeniu) wstępie każdego momentu, każdej roli, każdej osoby. No właśnie! Na cały festiwal składają się indywidualne jednostki. Każda z nich wnosi do wydarzeń coś swojego – emocje, dążenia, doświadczenia. Można tu zaobserwować jak we wspólnym procesie twórczym powstaje jeden prężnie działający mechanizm, pewnego rodzaju bogaty, społeczny system, dążący do wspólnego celu, którym jest wyjątkowe dzieło: Zadymka.

CI, O KTÓRYCH NIE KAŻDY MÓWI

Ktoś kiedyś powiedział, że wolontariusze robią wszystko to, czego nikt nie zauważa jeśli wszystko przebiega sprawnie. Widzę w tym stwierdzeniu dużo prawdy. Oczywiście często wolontariuszy widać: przy sklepiku, sprawdzaniu biletów, organizacji widowni. Gdzie ich nie widać? Przy rozstawianiu reklam zanim przyjdzie publiczność i po jej wyjściu; przy tworzeniu identyfikatorów dla organizatorów, innych wolontariuszy, gości, muzyków; przy rozstawianiu krzeseł, transporcie sklepiku, muzyków, wody, sprzątaniu i parzeniu kawy, wydawaniu akredytacji i dziesiątkach spontanicznie pojawiających się zadań, o których wiedzą tylko osoby je wykonujące, a które muszą zostać zrealizowane ,,na wczoraj”.

Nieprzewidywalność pracy przy organizacji dużego, dynamicznego festiwalu, który odbywa się nie w jednej sali koncertowej i klubie przez tydzień, ale w kilku salach, miastach i… na różnych wysokościach nad poziomem morza (z bogactwem wydarzeń towarzyszących), wymaga otwartości na spontaniczność i realizację wielu zadań równocześnie. Gdy zaś nadejdzie już wyczekiwany koncert, można wreszcie usiąść i obserwować z olbrzymią satysfakcją wydarzenie-dzieło, będące efektem wielu godzin trudnej i przeważnie nieprzewidywalnej pracy. Coś wyjątkowego jest w tej myśli: – ,,to rzeczywiście działa, udało się również dzięki mnie”. A co jeszcze zyskujemy po drodze? Ogrom rozwijających, i często zabawnych, przygód, inspirujących rozmów (z muzykami i nie tylko) i doświadczenie współpracy w gronie osób, wśród których można odnaleźć przyjaciół na długie lata.

DZIEŃ 1

By całkowicie nie zdominować wszystkich artykułów z wyjść reporterskich Jazzgotu, pragnę zaprezentować kilka słów od Makarego, któremu w przydziale pracy przypadają zazwyczaj zadania bardziej techniczne – zdjęcia i montaż oraz realizacja materiałów podczas audycji (dzięki Makary!).

Koncert odbył się w nietypowym miejscu – w kopalni Guido w Zabrzu ponad 300 metrów pod ziemią. To wyjątkowe miejsce żeby rozpocząć wyjątkowy festiwal. Maciej Kądziela i Luname zaprezentowali niesamowitą energię, łącząc w brzmieniach jazz fusion, czy noise z muzyką ludową. Na wyróżnienie szczególnie zasługuje sekcja rytmiczna – Kasia Schmidt-Przeździecka (gitara basowa) i Marcin Sojka (perkusja), która stanowiła świetną taneczną bazę pod najintensywniej improwizowane utwory. Solo Kasi na koniec koncertu pokazało niesamowitą energie i, w mojej opini, skradło całe show. Energii tej mogli dorównać jedynie Maciej Kądziela na saksofonie i Staszek Szmigiero na instrumentach klawiszowych, którzy dali kawał porządnego jazzowego brzmienia. Na uwagę zasługuje niekonwencjonalny gościnny występ Czesława Mozilla (śpiew i akordeon) i partie Natali Przybysz (wokal). Artyści nie rywalizowali ze sobą, lecz w zaskakujący sposób się uzupełniali. – Makary Jasiński

Zjazd górniczą szolą w obowiązkowych kaskach 300 m pod ziemię do komory badawczej dawnej kopalni węgla kamiennego, gdzie obecnie odbywają się koncerty, jest doświadczeniem niezwykle ekscytującym i bez wątpienia niecodziennym. Już sama lokalizacja wydarzenia wzbudza wiele emocji. Gdy do tego dołączymy koncertowe doświadczenie muzyki intensywnej, momentami wręcz transowej, w grupie współsłuchaczy, którzy razem z nami odważyli się zjechać do podziemi, otrzymujemy wielowymiarowe przeżycie, które pozostaje z nami jeszcze na długo po powrocie do domu.

Warto wspomnieć również o symbolicznym uczczeniu pamięci zmarłego kilka miesięcy wcześniej Michała Urbaniaka, przyjaciela festiwalu, wybitnego skrzypka, kojarzonego z koncertami w kopalni jak nikt inny. Fotografie prezentowane przez wolontariuszy dawały możliwość symbolicznego powrotu do chwil, gdy Urbaniak stał na zadymkowej scenie w Guido.

DZIEŃ 2

Rozpoczynamy od wystawy Nasz Michał Anioł, kontynuującej wspomnienie Michała Urbaniaka, tym razem z perspektywy fotografów-przyjaciół Zadymki, ale i samego prezesa Festiwalu Jerzego Batyckiego. Dalej pierwszy koncert Festiwalowej Sceny Promocji w Galerii Sfera, za której koordynację byłam w tym roku odpowiedzialna. Na scenie znalazł się zespół utworzony w większości z uczniów Bielskiej Szkoły Muzycznej, Pulse & Motion, sięgający po kompozycje w klimacie jazz fusion Milesa Davisa, Chicka Corei, czy samego Michała Urbaniaka. Moją szczególną uwagę przykuły improwizacje wibrafonisty Natana Supła oraz gitarzysty Juliana Maziarza, którzy wykazali się dużą kreatywnością, sprawnością techniczną i jazzowym feelingiem.

Podwójna rola, bo wolontariuszki-organizatorki i dziennikarki jednocześnie, pozwoliła mi na wielowymiarowe doświadczanie Festiwalu. Nie tylko więc przychodziłam na same koncerty i wydarzenia towarzyszące, lecz także przyczyniałam się do tego, że w ogóle się odbywały! Co prawda nie było to zadanie najłatwiejsze, niejednokrotnie oznaczało kilkanaście godzin pracy każdego dnia bez przerw. Nie ukrywam jednak, że czymś kosmicznie satysfakcjonującym była myśl, że to dzięki mojej pracy i wielozadaniowości, przestrzeń wypełnia się muzyką. Tak więc organizacja sceny i współpraca z technikami, umowy, zaopiekowanie prób, muzyków i słuchaczy, okazjonalne ,,gaszenie pożarów” uroczyście zwieńczane było koncertami, po których rozpoczęciu można było odetchnąć z ulgą i skupić się na tworzeniu reportażu (który zresztą Drogi Czytelnik mógł już słyszeć na radiowej antenie). Co ciekawe miałam również okazję zapowiadać festiwalowe koncerty Sceny Promocji!

Następnie przenieśliśmy się do ZPSM im. Stanisława Moniuszki na koncerty uświęcające 80 lat Bielskiego Muzyka i jednocześnie 28 lat z Zadymką Jazzową. To dzięki tej współpracy na polskiej scenie jazzowej niektórzy muzycy znaleźli się jeszcze w czasie nauki w liceum, by później powracać na Festiwal z rozmaitymi autorskimi, profesjonalnymi formacjami. Tak też wieczór wypełniły dwa koncerty zespołów stworzonych przez absolwenta Bielskiej Szkoły Muzycznej, wibrafonistę Tymona Kosmę.

Product May Contain to trio, o którym już od dłuższego czasu głośno na młodej scenie jazzowej. Połączenie wibrafonu Tymona, kontrabasu Filipa Botora i zestawu perkusyjnego Mateusza Borgiela, które może zawierać rośliny doniczkowe, jest gwarantem współczesnego jazzu na najwyższym poziomie. Prezentując materiał z debiutanckiego albumu Playgrounds, artyści dopełnili salę już i tak pełną ludzi kreatywnością, pozytywną energią i świeżością młodzieńczej odwagi.

Kosma Ensemble to skład Product May Contain poszerzony o Michała Aftykę (kontrabas), Jana Pieniążka (zestaw perkusyjny) i Kajetana Borowskiego (fortepian), czyli projekt Tymona na wibrafon, dwie perkusje, dwa kontrabasy i fortepian. Ensemble to wyraz twórczego zapału lidera, a przy tym ekspresja znakomitych umiejętności kompozytorskich i improwizacyjnych. Każdy ze wspomnianych artystów to znakomity muzyk, a zestawienie ich razem sprawia, że aż trudno pogodzić się z tym, że koncert dobiega końca.

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 3

Środowe koncerty otworzył występ zespołu 8o8 Project – oktetu uczniów Bielskiej Szkoły Muzycznej, prowadzonego przez alcistę Jakuba Żelaznego. W repertuarze młodych muzyków znalazły się kompozycje zespołów takich, jak Snarky Puppy czy Brecker Brothers, a w ich grze mogliśmy słyszeć zafascynowanie szeroko pojętym jazz fusion i jazz rockiem. Podobnie rozpoczęli poprzedniego dnia pierwsze festiwalowe jam session w lokalu Nowa Patria, który na miejsce zamkniętego klubu Metrum ma stać się centrum artystycznych, w tym jazzowych spotkań. W kolejnych dniach odbędą się tu nawet swingowe potańcówki. Klimat starej kamienicy i dawnej restauracji jest skrajnie odmienny od klubowego Metrum, które towarzyszyło Zadymce aż do końca dziesięcioletniej działalności. Choć inicjatywa reaktywacji Patrii jest dla bielskiego środowiska artystycznego obiecująca, nie ukrywam, że wielką pustkę pozostawił brak typowo jazzowego klubu festiwalowego.

Z Galerii Sfera przenieśliśmy się do Teatru Polskiego, gdzie Francesca Tandoi w klasycznym fortepianowym trio prezentowała autorski materiał wzbogacany w niektórych kompozycjach śpiewem. Wśród utworów osadzonych w swingowej tradycji nie zabrakło bluesa. Nie był to jednak dla mnie najbardziej zachwycający z zadymkowych koncertów, ale prezentowane przez zespół utwory były po prostu przyjemne do słuchania.

Nadszedł czas na koncert duetu Dave Holland (kontrabas) i Lionel Loueke (gitara, wokal), który zresztą miał się odbyć na Zadymce już dawno. Tu już zdecydowanie mogę powiedzieć, że koncert wspomnianych legend jazzu był jednym z tych wydarzeń, które można uznać za najbardziej znaczące w jazzowym kalendarzu na rok 2026. Wspaniała melodyjność, wyrazistość twórczego dialogu, a przy tym przestrzeń zarówno na apel w trosce o najważniejsze społecznie wartości, jak i pełną pozytywnej energii lekkość przekazu to wyzwanie, któremu niewielu jest w stanie tak znakomicie sprostać. W kompozycjach z albumu United artyści dawali wyraz troski o wzajemny szacunek i dążenie do pokoju w świecie przepełnionym konfliktami. Wszystko to, co zdaje się dzielić ludzi odmiennych kultur i poglądów może prowadzić do zjednoczenia w różnorodności, która nie jest przeszkodą, lecz cennym darem.

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 4

Trzeci zespół, który zagościł na Festiwalowej Scenie Promocji to trio Kuby Dereja. Młody pianista już w wieku 17 lat wydał swój debiutancki solowy album Seventeen, a połowa koncertowego repertuaru to pochodzące z niego autorskie kompozycje. Z Piotrem Golcem (kontrabas) i Mikołajem Grycelem (perkusja) w sekcji mieliśmy okazję usłyszeć pełnych pasji młodych muzyków, o których już powoli jest coraz głośniej na krajowych scenach.

Zaledwie kilkaset metrów od Galerii Sfera znajduje się Bielskie Centrum Kultury im. Marii Koterbskiej. To tam, po zajęciu miejsc w wygodnych, czerwonych fotelach, mieliśmy okazję usłyszeć trio Aarona Parksa (fortepian) z Benem Streetem (kontrabas) i Cornelią Nilsson (perkusja) we współpracy z Kurtem Rosenwinkelem (gitara). Bez wątpienia ekscytująca jest możliwość usłyszenia Aarona i Kurta na jednej scenie na żywo i nie bez powodu znajdują się wśród najbardziej cenionych artystów współczesnego jazzowego mainstreamu. Nie da się ukryć, że są postaciami wyrazistymi, które wytyczyły swoje własne jazzowe ścieżki, zdobywając przy tym spore grono adeptów jazzu inspirujących się ich twórczością, jak również i zwyczajnych słuchaczy. Choć na scenie stanęli wirtuozi swoich instrumentów, nie był to koncert najbardziej zaskakujący, a raczej zamknięty w konwencji standardowego grania tematów i improwizowanych solówek (chociaż oczywiście znakomitych). Gra perkusistki była dość nerwowa, z wysoką reaktywnością na każdy muzyczny impuls, co nie każdemu z słuchaczy przypadło do gustu.

Steve Coleman & Five Elements to legendarny wręcz zespół twórcy nurtu M-Base i saksofonisty Steva Colemana z Jonathanem Finlaysonem (trąbka), Richardem Brownem (gitara basowa) i Seanem Rickmanem (perkusja). Bogactwo bebopowego języka łączy się tu z charakterystycznym powtarzaniem motywu w sekcji i stopniowym nakładaniem złożonych struktur rytmicznych, wychodzących poza ramy rytmiki zachodnioeuropejskiej. To kreatywna, ustrukturyzowana wolność improwizowana, wynikająca z tradycji, nie zaś wyizolowana koncepcja stylistyczna. Wirtuozeria solistów i powtarzalność stabilnego groovu sekcji wprowadza słuchaczy w stan niemal transowy. To doświadczenie koncertowe, które warto przynajmniej raz przeżyć. Jednak dłuższe słuchanie tego typu muzyki może być dla niektórych nużące lub przeciążające. W tym widzę szczególną rolę koncertów, których czas trwania pozwala na pozostawienie słuchacza ze zdrowym niedosytem zamiast przeciążenia i wyczerpania. Moim zdaniem podczas koncertu Five Elements proporcje czasu i natężenia zostały zachowane idealnie.

DZIEŃ 5

Sympozjum naukowe – Jazzowy Nowy Jork lat 60. Wayne Shorter / Miles Davis / Lee Morgan

W Willi Sixta Galerii BWA zasiedli dziennikarze i historycy jazzu, by wspólnie rozprawiać na temat kontekstu historycznego i kulturowego Nowego Jorku lat 60., ze szczególnym uwzględnieniem Wayne’a Shortera, Milesa Davisa i Lee Morgana.

Początki, droga do światowej rozpoznawalności i twórczość to tylko niektóre z omawianych podczas barwnych opowieści zagadnień. Głównymi głosami sympozjum byli cenieni dziennikarze, radiowcy, znawcy jazzu: Tomasz Szachowski i Tomasz Tłuczkiewicz. Całości towarzyszył odsłuch kluczowych dla dyskusji nagrań, dzięki czemu słuchacz w całości mógł zatopić się w opowiadanej historii.

Na Scenie Promocji zagościł tym razem zespół nie z Bielska-Białej a … z Krakowa! Dominik Żydzik Quartet z liderem na gitarze, Jurajem Bartko na saksofonie tenorowym, Filipem Śmiechem na kontrabasie i Julianem Ziętkiewiczem na perkusji to formacja, którą mamy szansę już od jakiegoś czasu obserwować podczas najważniejszych polskich festiwali i konkursów jazzowych. Mimo młodego wieku, prezentują wysoki profesjonalizm zarówno na scenie, jak i poza nią (co w kontekście organizacji koncertu i współpracy z artystami ma ogromne znaczenie). Podczas godzinnego koncertu w autorskich kompozycjach i standardach zaprezentowali zarówno dobry warsztat techniczny, jak i sporą dozę kreatywności z zachowaniem szacunku do jazzowej tradycji.

 

 

Z dworca głównego w Bielsku-Białej przenieśliśmy się do klubu Browaria w Czechowicach-Dziedzicach. Tu znów kilka słów od Makarego:

W piątek tematem były Okolice Jazzu. Sam koncert odbył się w okolicy Bielska-Białej – w Czechowicach-Dziedzicach. Zanim jednak odbyły się koncerty trzeba było na nie dotrzeć. Transport był równie nietypowy co koncert – zawiózł nas „Pociąg do Jazzu”. Zarówno w pociągu jak i w przemarszu z dworca towarzyszyła nam muzyka na żywo. [Backstage Brass Band]

Pierwszy wystąpił zespół Skalpel, który już sam łączy muzykę elektroniczną z jazzem. Towarzyszyli mu jednak wyjątkowi, bardziej typowo jazzowi artyści. Na szczególne wyróżnienie zasłużyli Piotr Rakowski, grający wyjątkowo ekspresyjnie na wibrafonie, i Kacper Krupa na saksofonie, prezentujący głębokie, charakterystyczne dla siebie brzmienie.

Następny zespół, który wystąpił to Bratri. Zespół łączył techno i ambient.

Jak na mój gust brakowało w nim większej dawki jazzu, jednak był to kawał dobrej, eksperymentalnej elektroniki. – Makary Jasiński

DZIEŃ 6

 Salon Hi-Fi Studio Bielsko-Biała to spotkanie autorskie i odsłuch płyty winylowej zespołu Luname z liderem Maciejem Kądzielą (saksofon) i Kasią Schmidt-Przeździecką (kontrabas/gitara basowa). Kameralne grono słuchaczy miało okazję wysłuchać premierowego albumu na wysokiej jakości sprzęcie audio oraz porozmawiać z artystami.

Z salonu przenosimy się do Galerii Sfera, a ostatni z zespołów goszczących na Festiwalowej Scenie Promocji to Slums 89, formacja złożona z siedmiu studentów Akademii Muzycznej w Katowicach (w większości absolwentów Bielskiego Muzyka). W inspirowanych Patem Methenym czy Yellowjackets kompozycjach autorstwa gitarzysty Bartosza Barwickiego mieliśmy okazję zaobserwować wysoki poziom sprawności wykonawczej muzyków oraz umiejętność nawiązywania relacji z publicznością, która bez oporów spontanicznie uczestniczyła w koncercie.

Główny koncert wieczoru stanowiła premiera odnalezionych partytur Wayne’a Shortera, napisanych dla Milesa Davisa i Lee Morgana. W Cavatina Hall mogliśmy doświadczyć Wayne’s Sessions for Miles and Lee w wykonaniu Orkiestry Polskiego Radia w Warszawie pod batutą Clarka Rundella, z gośćmi specjalnymi w sekstecie jazzowym: Ambrose Akinmusire na trąbce, Dayna Stephens na saksofonie, Sam Harris na fortepianie, Mike Moreno na gitarze, Harish Raghavan na kontrabasie i Kendrick Scott na zestawie perkusyjnym. Czołowi amerykańscy muzycy jazzowi w towarzystwie klasycznej orkiestry złożonej ze znakomitych polskich muzyków to już gwarant interesującego wydarzenia. Niezwykle gęste i skomplikowane partie napisane przez Shortera stanowiły dla artystów nie lada wyzwanie, a fakt premierowego wykonywania dzieł Legendy Jazzu dodawał uroczystości jeszcze większej wagi. Całość transmitował Program Drugi Polskiego Radia. Odnalezione kompozycje z typowymi dla Shortera żartobliwymi zapiskami w partyturze, artyści traktowali z wielkim szacunkiem, starając się jak najlepiej odtworzyć zamysł autora. Nie ukrywam zachwytu nad niesamowitym geniuszem twórczym Mistrza, który, choć nigdy przecież nie słyszał na żywo tych partytur, był w stanie usłyszeć je w swojej wyobraźni i odręcznie zapisać. Jednocześnie bogactwo warstw dźwiękowych i gęstość aranżacji nie dawały solistom zbyt wiele przestrzeni na improwizację, a sekcja skupiająca się na precyzji wykonania, raczej odtwarzała zapis niż mogła pozwolić sobie na swobodę wykonania w swoim stylu. To właśnie tej przestrzeni trochę mi w wykonywanych kompozycjach, dość stylistycznie podobnych, brakowało. Tu też też pewien niedosyt artystów, którzy sami wspominali, że teraz chętnie wykonaliby repertuar jeszcze raz, by móc z większym spokojem wnieść więcej siebie. Nie sposób było przecież w tak krótkim, projektowym czasie, przegrać w całości wszystkich utworów w pełnym składzie, stąd część z nich wykonywana była w pełni dopiero podczas premierowego koncertu. Niemniej uważam, że całość stanowiła znakomite wydarzenie i wyzwanie, któremu artyści znakomicie sprostali. Mam nadzieję, że w przyszłości zostaną odnalezione środki na takie finansowanie projektu, by koncert mógł zostać powtórzony, a repertuar nagrany na płytę, która stanowiłaby nie tylko koncertową pamiątkę, ale i cenne źródło celebrujące pamięć Wayne’a Shortera, Lee Morgana i Milesa Davisa.

Lars Danielsson Liberetto to zdecydowanie odmienny, bardziej kameralny i łatwiejszy w odbiorze koncert. Wpadające w ucho melodie jeszcze długo po wydarzeniu można było odtwarzać w pamięci. Elementy skandynawskiego folku wyraźnie słyszalne w wykonaniu szwedzkiego trio to zupełnie inny niż nowojorski rodzaj jazzu. Prostota i kameralność wykonań mogły bez trudu trafiać do mniej wprawionych odbiorców jazzu. Choć nie był to dla mnie najbardziej zachwycający z koncertów, doceniam lekkość i przystępność, jaką wnosił do wieczornej sali koncertowej, która po uprzednio intensywnych doznaniach mogła odpocząć w towarzystwie lekkich melodii.

 

 

 

 

 

 

 

 

To jeszcze nie koniec festiwalowego dnia, bo z Cavatina Hall przenieśliśmy się do lokalu Patria na jazzowy dancing, gdzie Orkiestra Taneczna Melodia i Rytm pod kierownictwem Jana Emila Młynarskiego wprowadziła nas w roztańczony klimat lat 40. i 50. Rasowy swing, zmysłowe tango oraz polskie i amerykańskie standardy grane, a nawet śpiewane przez Młynarskiego stanowiły idealny klimat na potańcówkę. Tłumy słuchaczy bez trudu odnajdywały się na parkiecie, na którym wręcz brakowało miejsca. Niepowtarzalny klimat zachęcał do tańca wszystkich, nawet tych, którzy deklarowali, że tańczyć nie potrafią.

DZIEŃ 7

 Choć nie często droga na śniadanie prowadzi przez górskie szczyty, na Bielskiej Zadymce Jazzowej należy spodziewać się wszelkiego rodzaju nietypowości. Tak też znaleźliśmy się na Dębowcu, gdzie mogliśmy nie tylko zjeść śniadanie z widokiem na góry, lecz także (lub przede wszystkim) wysłuchać występu zespołu Offbit Sextet, złożonego z uczniów i absolwentów Bielskiego Muzyka. Bez wątpienia jedno z bardziej wyjątkowych śniadań!

 

Kilka godzin później znaleźliśmy się u kolejnego górskiego zbocza. Po raz ostatni (w tym artykule oczywiście 😉 ) oddaję głos Makaremu:

Ostatni koncert odbył się tradycyjnie na Szyndzielni. Zarówno wjazd kolejką linową, spacer do schroniska, jak i jego wystrój oraz krótki występ Kapeli Góralskiej Styry i Przyjaciele, dał iście góralski nastrój. Zespół ten śpiewał tradycyjne melodie i pieśni ludowe, a wraz z nim śpiewała cała sala.

Następnie wystąpił zespół Veeble ze słonecznego Rzymu. Czerpali w swoim brzmieniu przede wszystkim ze ska, reggae, hip hopu, a momentami sięgali również po jazz i punk. Schronisko było pełne ludzi i roztańczone od tych energetycznych dźwięków.

 Festiwal, który zaczął się 320 metrów pod ziemią, zakończył się 1001m npm.
– Makary Jasiński

 

Koncerty w schronisku na Szyndzielni kończą zimową edycję Zadymki. Projekt Śląsk z góry na dół, który przebiega właściwie od dołu do góry (od kopalni, przez galerie, sale koncertowe, kamienice, domy kultury i browar aż na górski szczyt) pozwala na odkrywanie bogactwa różnorodności Bielska-Białej i okolic nie tylko pod względem oferowanych lokalizacji koncertowych, ale również krajobrazu. Całość składa się na wielowymiarowe doświadczenie podróży nie tylko muzycznej – przez różne wymiary jazzu i gatunków pokrewnych, lecz także wycieczki w sensie dosłownym. Bielska Zadymka Jazzowa jest bez wątpienia festiwalem wyjątkowym i niekonwencjonalnym, porzucającym wygodę jednej sali koncertowej na rzecz różnorodnych, często zaskakujących lokalizacji.

 

Ogrom włożonej pracy, dziesiątki pokonanych kilometrów, a nawet zmiany wysokości geograficznej składają się (jak sama nazwa mówi) na istną koncertową zadymkę. Niezmiennie od lat różnorodna, zaskakująca, pełna inspirujących rozmów, zawieranych przyjaźni i wyzwań, pozwalająca na odkrywanie nowości i pielęgnowanie pamięci równocześnie. Zadymka to Festiwal, który daje bardzo wiele i od niego często dla wielu zaprzyjaźnionych z jazzem osób wszystko się zaczyna. Tak też było w moim przypadku i nie dziwię się wszystkim tym osobom, które od wielu lat powracają do Bielska-Białej na festiwalowy tydzień. W pewnym momencie możemy zorientować się, że znamy już połowę osób na publiczności, która z roku na rok stale się powiększa. Serdecznie polecam każdemu – może i dla Was Zadymka będzie pięknym początkiem?

 

Weronika Kuś

Zdjęcia: Makary Jasiński

 

 


Aktualnie gramy

Tytuł

Artysta

Audycja on-air

Last Stint 2

09:00 10:00

Background