Ale jak mogę wiedzieć? Część pierwsza

Autor: dnia: 1 marca, 2026

Słodka i pastelowa

Lalalaa dididaaa lalalalililaaa… muzyka rozbrzmiewa za naszymi plecami, a my zatrzymujemy nasz taneczny krok.

– Co to za piosenka?
– Nie pamiętam tytułu, czekaj, pójdę go zapytać. Gdzie on poszedł?
– Nie, czekaj, Shazamem spróbuję – Adam wyjmuje telefon, ekran staje się niebieski a białe okręgi się mnożą. – Piano Man!

Idziemy dalej pustą ulicą pod kolorowymi karnawałowymi flagami, rozwieszonymi zygzakiem między świeżo odmalowanymi na pastelowe kolory ścianami budynków w Pafos. Za sobą zostawiamy jedną z niewielu dusz, które widzieliśmy po zachodzie słońca między pastelowymi murami, pod pastelowym niebem. Słońce zaszło niedawno. Widzieliśmy jego łunę, nie pastelową, raczej mocno napigmentowaną pomarańczami, które wpływają tu na wszystko.

– Mam marzenie – powiedziałam do Adama jednego z pierwszych dni na wyspie. – Chcę podejść do drzewa i zerwać sobie pomarańczę albo mandarynkę, nie wiem co to jest.

Marzenie zrealizowałam, ale owoc nie dał się obrać. Zmusiłam go, ale buntował się dalej. Oblał mnie swoimi pachnącymi sokami, nie dał się podzielić i na przekór zapachowi smakował gorzko. Pomarańcze wpływają tu na wszystko, dlatego Cypr jest słodko-gorzki, nic pomiędzy.

Dusza, którą zostawiamy teraz za sobą była na pewno słodka i pastelowa. Nie porozmawialiśmy, nie wymieniliśmy chyba nawet spojrzeń, ale wydaje mi się, że wiem, kto to jest. Zbliżaliśmy się do niej powoli, obserwując jak tańczy beztrosko między stolikami po jednej i drugiej stronie uliczki. Od jednej do drugiej i z powrotem. Pomiędzy stolikami śpiewa pod nosem, a ze środka restauracji, w której pracuje, z głośników śpiewa głośniej i pewniej Billy Joel.

Sing us the song, you’re the piano man! Sing us the song tonight! Well, we’re all in the mood for a melody… (Piano Man, 1973)

Zbliżyliśmy się, a ciężar naszych plecaków stał się lekki i beztroski, jak kroki kelnera. Zanuciliśmy, wykonaliśmy parę kroków dostawnych z lekkim podskokiem na zmianę nogi i chłonęliśmy tę pastelowo fioletową scenę, oświetloną ciepłym światłem żarówek, przykrytą jeszcze tylko na chwilę niebieskawo-szarawym, zimnym niebem, już bez pomarańczy. Ta już zaszła.

 

Siwa i fioletowa

Nadjeżdża kolejny samochód, drugi, może trzeci, który mija nas dzisiaj na tej krętej, stromej, włosko-alpejskiej drodze. Dyskutujemy, czy do niego machać, czy sobie odpuścić i skrobać się dalej po asfaltowych serpentynach odbijających wychodzące słońce. W ostatniej chwili podnoszę rękę. Samochód nas mija, szybko wpada w ostry zakręt i gdy już godzę się w myślach na kolejne kilometry na nogach, auto nagle zatrzymuje się gwałtownie. Z samochodu od razu wysypują się trzy osoby – starsza siwa pani ubrana na fioletowo i dwójka dzieci z plecakami. Machają do nas i od razu szarpią za bagażnik, nic do nas nie mówiąc. Ten nie chce się otworzyć, a kobieta próbuje nam zakomunikować, że to auto to złom. Nie zna angielskiego, ale jej wnuki uczą się w szkole. Szamotają się koło srebrnego małego pojazdu z kocami na siedzeniach, dreptają i machają rękami, śmieją się i wymieniają włoskie zwroty. W końcu, plecaki i torby wrzucamy do bagażnika i pakujemy się do środka. Gnieździmy się tam ciasno i luźno wymieniamy zdania we wszystkich językach, jakie kto zna. Adamowi całkiem nieźle idzie, kiedyś w Szwajcarii podłapał trochę włoskiego. W ten sposób wiemy, że: chłopcy to wnuki kobiety; mieszkają na samej górze serpentyn przy szlaku Val dei Ratti; babcia trąbi przed każdym zakrętem, na wszelki wypadek; jest dobrym kierowcą, ale tego nie trzeba mówić, wystarczy z nią jechać. Pokonuje zakręty szybko, redukuje, wrzuca biegi jak na torze wyścigowym.

Drogi się zwężają, a asfalt stopniowo zmienia się w płyty, potem w kamienistą ścieżkę. Mijamy się z kimś zjeżdżając w stronę stromej skarpy, jakby kierowczyni nawet jej nie widziała. W końcu robi się zbyt stromo, babcia parkuje samochód i mówi nam gdzie iść. Dziękujemy parę razy, mówimy ponownie jak tu wysoko, jak daleko i jak długo jechaliśmy, jak dobrze, ze nie musieliśmy tyle iść pieszo. Oddalamy się zafascynowani tą postacią i zastanawiamy się w głos, gdzie nasi wybawiciele mieszkają. Ostatni dom był tam, gdzie się zatrzymali, żeby nas zaprosić do środka. Odwracam się i widzę, że ubierają plecaki.

Idziemy ścieżką wśród drzew. Jesteśmy już ponad 1000 m n.p.m. a dopiero tutaj zaczyna się szlak. Dobrze, że ktoś zdecydował się nas podwieźć, bo zanim dotarlibyśmy na początek szlaku musielibyśmy wtargać się tu z poziomu 200 m n.p.m. Ścieżka prowadzi przez las na zboczu Doliny Szczurów. Gdy siadamy na kamieniu i jemy śniadanie, doganiają nas nasi wybawiciele z plecakami. Idą na piknik – myślę. Uśmiechamy się do siebie, mijają nas i sprawnie znikają.

Gdzieniegdzie między ciemnozielonymi igłami i liśćmi przebija się szary widok skalnych szczytów. Szare są też kamienie, po których dojdziemy aż do szarej wioski. To najwyższy punkt na dzisiejszej mapie i mimo, że widać ją już bardzo dobrze, została nam jeszcze do pokonania stroma ścieżka do pierwszych kamienistych budynków. Podnosimy głowy, a na coraz szerszą drogę przed nami wybiegają dzieciaki, które już dobrze kojarzymy. Machają, próbują zaproponować wodę, biegną z powrotem w lewo, w stronę jednego z domów. Z okna wychyla się babcia i krzyczy coś o kawie, więc tamci znów szybko przebierają nogami do nas. Zgadzamy się, idziemy na kawę.

Rozmawiamy gestami i paroma słowami, które babcia rozumie po niemiecku. Nastawia małą stalową makinetkę, kładzie filiżanki na obrusie w słoneczniki, pyta o mleko. Okazuje się, że mieszka tutaj z wnukami przez letnie miesiące i na szczęście dziś wypadł dzień na uzupełnienie zapasów, więc nas podwiozła. Wychodzę na zewnątrz napić się najpierw widoku gór i spróbować porozmawiać z dzieciakami. Wioska jest zbudowana z Alp, tego jestem pewna. Skały, z których domki są złożone, mają identyczny kolor jak szczyty na końcu Doliny Szczurów. Te też są na pewno w tym samym odcieniu. W jaśniejszym odcieniu szarości są włosy babci, a jej ubrania w odcieniach fioletu. Adam też ma na sobie fioletową koszulkę. Porozumienie kolorystyczne – kolejne obok wiodącej, ale niewystarczającej rozmowy gestów z babcią. A jednak wydaje mi się, że wiem, kto to jest.

Izabela Adamik


Aktualnie gramy

Tytuł

Artysta

Audycja on-air

Background