Radio ujot.fm

studenckie, niefiltrowane

Właśnie gramy

Tytuł

Wykonawca

Background

Kiedy oglądasz animacje, a kiedy anime. Czyli wiem, że nic nie wiem

Autorstwana 10 marca 2021

Siadasz. Uruchamiasz odcinek na Netflixie, Crunchyrollu lub stronie bardzolegalna.pl. Kończysz seans i myślisz, ależ to było dobre anime. Tylko czy aby na pewno? Ostatnie lata rozwoju medium przyczyniły się do jego światowej popularności, doprowadziły do przebicia się japońskich bajek do main streamu, jednocześnie wykształcając nowe i niespotykane wcześniej problemy względem rynkowego uporządkowania ryżowych opowieści. Krótko mówiąc, czas zadać sobie pytanie o to, kiedy mamy do czynienia z anime, a kiedy z jego imitacją lub jego innym rodzajem.

Ten problematyczny Netflix

Uświadomienie sobie problemu wiążącego się z gatunkowym przyporządkowaniem produkcji animowanych w zdecydowanym stopniu łączy się z działaniami amerykańskiej firmy streamingowej Netflix. Dzięki finansowaniu ze strony tej spółki uzyskano środki na rozpoczęcie produkcji dzieł takich jak m.in. “B The Beginning”, “Violet Evergarden”, czy “Devilman Crybaby”. Na mocy umów zawiązanych między japońskimi studiami  i amerykańskim gigantem ustalono, że Netflix w zamian za prawo własności do wytworzonych tytułów będzie je wspierał medialnie i pieniężnie, z kolei japońskie studia właściwie decydowały się na umowę o dzieło, rezygnując z możliwości dowolnego zarządzania projektem po jego ukończeniu. Co z tym idzie, abonenci Neflixa otrzymali dostęp do niewielkiej, lecz sukcesywnie rozrastającej się biblioteki tytułów oryginalnych, dostępnych poza Japonią wyłącznie na stronie tegoż serwisu.

Póki co wszystko powinno być w miarę jasne – do czynienia mieliśmy bowiem ze 100 procentowym anime, które dostępne było dla odbiorców za pośrednictwem amerykańskiej platformy streamingowej. Problemy zaczęły się jednak w momencie tworzenia tytułów oryginalnych, nieopartych na mandze, przez wewnętrzne studia Netflixa przy minimalnej ingerencji animatorów z Japonii lub z całkowitym ich pominięciem. Tak m.in. stworzone zostały bajki w stylu anime, jednak same nie będące nimi, do głośniejszych przykładów tego typu dzieł należały “Castlevania” czy “Blood of Zeus”, które mimo wpisania w system tagowy Netflixa jako anime, w środowisku fanów japońskich produkcji jest uznawane za po prostu amerykańską kreskówkę.

Korea i Chiny

W ostatnim czasie sytuację dodatkowo skomplikował inny portal streamingowy: crunchyroll (którego głównym targetem byli właśnie fani anime). Crunch rozpoczął bowiem współpracę z serwisem webtoon, dzięki czemu nabył prawa do ekranizacji dużych tytułów autorstwa koreańskich artystów. Nie zasypując gruszek w popiele szybko rozpoczął pracę nad serialowymi wersjami manhw (koreańskich wersji mang) takich jak “Tower of Good” czy “Noblesse”. O odbiorze tych dzieł i ogólnych zakulisowych szczegółach pisałem już wcześniej, więc by Was nie zanudzać powiem tylko tyle, iż mimo ogólnego zaliczenia tych produkcji do anime (głównie dzięki zaangażowaniu japońskich studiów do ich animacji), produkcje te doprowadziły do ożywionej dyskusji na temat właściwości takiego przyporządkowania. Najwięksi puryści odmawiali uznania adaptacji webtoonów za “właściwe” anime.

Mimo że to działalność crunchyrolla rzuciła światło na problem azjatyckiego elityzmu względem anime, korzenie tego zjawiska były znacznie starsze i wiązały się z chińskimi próbami rywalizacji z Japonią na rynku filmów i seriali animowanych. Przez większość fanów anime jego chiński odpowiednik (posiadający swą własną indywidualną nazwę) był zaledwie gorszym młodszym bratem, pozbawionym narracyjnej i graficznej głębi, do której odbiorcy bajek z kraju kwitnącej wiśni zdążyli się już przyzwyczaić. Tu także doszło jednak do komplikacji, a w ostatnim czasie projekty o większym finansowaniu zdołały przebić się na różne rankingi i zaczęto uwzględniać niektóre chińskie animacje jako anime właśnie. Kamieniem milowym, który zwrócił wzrok stereotypowego fana na Chiny, był szalenie popularny “The King’s Avatar”.

Japonia

Wziąwszy pod uwagę powyższe przykłady, jak i historię anime, moglibyśmy podjąć się syzyfowego wysiłku i usiłować usystematyzować je jako gatunek. Problemem w tym wypadku byłby brak wyraźnych podziałów i stałe zmienianie się tego medium. Mógłbym spróbować uznać za anime wyłącznie produkcje tworzone lub współtworzone z japońskimi artystami, jednak chińskie animacje, takie jak chociażby “The King’s Avatar”, łatwo zburzyłyby tę tezę. Mógłbym zwrócić uwagę na specyficzny styl graficzny czy poruszaną tematykę, ale ostatnie rewolucje sprawiły, iż japońskie ryżowe bajki mogą wyglądać jak amerykańskie kreskówki, stare anime w stylu lat 90. czy nowoczesne i w pełni generowane komputerowo dzieła.

Tak czy siak, mimo że podział ten w moich oczach jest zjawiskiem fascynującym, osobiście myślę, że nie powinniśmy zapominać o rzeczy najważniejszej, czyli przyjemności płynącej z oglądania anime. Przyjemności, która powinna stać ponad wszelkimi gatunkowymi dywagacjami i podziałami na kreskówki, bajki i animacje.

PS: Pamiętacie jak w zeszłym tygodniu w recenzji “The Devil Is a Part-Timer!” narzekałem na brak kontynuacji tejże serii? Właśnie ją zapowiedzieli…

Dosłownie tydzień temu, ale przysięgam, że nie miałem żadnych przecieków. 😊 Jeśli więc kogoś do tego anime przekonałem, to zapewne będzie to dla niego dobra wiadomość. Ja osobiście zacieram rączki i czekam jeszcze na zapowiedzi sezonów trzecich “Spice and Wolf” i “KONOSUBY”. Ślicznie proszę.

[Przyp. red.: może blog UJOT FM działa w ten sposób, że jak coś napiszesz, to staje się to prawdą?]


Kontynuuj przeglądanie

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!