Diane, „Twin Peaks: do drzwi czerwonych zapukam” wraca do Teatru Barakah
Autor: Redakcja Online dnia: 22 kwietnia, 2026
Jakiś miesiąc temu, wracając z uczelni, natknęłam się w internecie na informację, że na deski Teatru Barakah powraca Twin Peaks: do drzwi czerwonych zapukam w reżyserii Michała Nowickiego. Zostało tylko sześć biletów, a tak się akurat składało, że mieli grać w moje urodziny. Zanim zdążyłam wysiąść z tramwaju, dwa miejsca były już moje.
Punktem wyjścia dla Twin Peaks: do drzwi czerwonych zapukam jest kultowy serial Davida Lyncha i Marka Frosta – Miasteczko Twin Peaks. Ta inscenizacja jest jednak czymś więcej niż próbą odpowiedzenia na słynne pytanie: „Kto zabił Laurę Palmer?”. Zakładam zresztą, że większość osób, które wybrały się na spektakl, dobrze zna zakończenie tej sprawy. Nie chodzi więc o ponowne rozwikłanie kryminalnej zagadki, ale o próbę odczytania tej historii na nowo.
Spektakl, oparty na scenariuszu Grzegorza Likego, redukuje szerokie grono bohaterów do kilku najważniejszych postaci i przesuwa akcenty tak, by zamiast na kryminalnej zagadce skupić się na emocjonalnych konsekwencjach śmierci Laury – przede wszystkim dla jej rodziców. Leland Palmer (Michał Kościuk) jest gwałtowny, momentami przerażający, a jednocześnie trudno oderwać od niego wzrok. Z kolei Sarah Palmer (Monika Kufel) swoim monologiem, cierpiącej matki i ofiary przemocy domowej, wydobywa na pierwszy plan wątek patriarchalnej opresji, którego mi osobiście zabrakło w oryginale.
Scenariusz zagląda też do wnętrza rówieśników Laury – Donny (Aniela Płudowska), Bobby’ego (Michał Kłodnicki) i Jamesa (Marcin Piotrowiak). Spektakl świadomie gra kiczem, groteską i sztucznością wpisaną w serialowy pierwowzór. Humor wykorzystuje nie tylko jako ukłon w stronę opery mydlanej z lat 90., lecz także jako narzędzie rozładowywania i wzmacniania napięcia. Widać to w powracających raz po raz westchnieniach Donny: „Oh, James”, oraz w słownych przepychankach Jamesa i Bobby’ego, które nadają całości niemal gombrowiczowski ton. Zbędna wydaje mi się jedynie wstawka z IQOS-em – to już nieco wymuszone uwspółcześnienie, ocierające się o przerost formy nad treścią.
Jeśli czegoś jeszcze można żałować, to z pewnością tego, że przy tak skondensowanej formie niektóre wątki zostają raczej zarysowane, niż w pełni rozwinięte. Choć możliwe, że to bardziej koszt obranej konwencji niż słabość przedstawienia. Albo po prostu mój fanowski niedosyt.

fot. Piotr Kubic
Na osobne wyróżnienie zasługuje jednak agent specjalny FBI Dale Cooper w interpretacji Krzysztofa Cybulskiego. To postać ekscentryczna, chwilami wręcz komiczna, ale nieprzerysowana do granic autoparodii. Towarzyszy nam od początku – czasem w roli narratora konsumującego pączki, innym razem uwalniając się z czerwonego pokoju, by zaprezentować swoje wątpliwe metody śledcze na drążku do podciągania. Wydarzenia chwilami wyglądają tak, jakby były projekcją jego świadomości, jakby rekonstruował kolejne obrazy prowadzące do tragedii Laury Palmer.
Wszystko odbywa się w onirycznej atmosferze dziwności – nie do końca wiadomo, czy mamy do czynienia z melancholijnym wspomnieniem, czy już z koszmarem. Scenografia jest oszczędna, ale dobrze przemyślana – centralny stół oraz czerwony fotel ustawiony z boku w zupełności wystarczają, by uruchomić odpowiednie skojarzenia. W tle obserwujemy przebitki z przeszłości Laury (Lena Witkowska), dzięki którym jeszcze mocniej wybrzmiewa pytanie: „kim ona właściwie była?”. Klaustrofobiczna scena krakowskiego podziemia potęguje wrażenie osaczenia i niepewności, a gra świateł zawiesza nas gdzieś pomiędzy jawą a snem. Nowicki wraz z zespołem dobrze rozumieją estetykę Twin Peaks, a to nie lada wyzwanie, by przełożyć niepowtarzalny styl Lyncha na język współczesności. Jak widać, warto próbować.
Nie ma potrzeby dosłownego odtwarzania metafizyki znanej z serialu. Nie ma tu Boba, przynajmniej nie w takiej formie jak w oryginale. Leland nie potrzebuje demonicznej siły, by krzywdzić swoich bliskich – zło tkwi w nim samym. W nas wszystkich. A więc nie: „Kto zabił Laurę Palmer?”, tylko: „Dlaczego nikt wcześniej nie dostrzegł, że Laura tonie?”.
Twórcom Teatru Barakah udało się w gąszczu cudzych dramatów odsłonić także nasze własne moralne pęknięcia. Twin Peaks: do drzwi czerwonych zapukam umiejętnie czerpie z surrealistycznego, lynchowskiego klimatu i przenosi nas do teraźniejszości. Nie rekonstruuje fabuły – rozkłada ją na czynniki pierwsze i wydobywa z niej aktualne problemy. To spektakl gęsty, wciągający i hipnotyczny. Jak na prezent urodzinowy – dość osobliwy, ale lepszego nie mogłam sobie wymarzyć.
Natalia Kolawa