[Brak stacji radiowych w bazie danych]

    Australijczyk w Opolu. O płycie „The Opole Session” Phillipa Brackena

    Autorstwana 22 listopada 2021

    Skończył się już chyba sezon złotej polskiej jesieni, a przyszedł czas na szarą i ponurą słotę – tyle przynajmniej można ostatnio zobaczyć za oknami. Zmrok zapada szybciej, wiatr przenika coraz mniej przyjemnym chłodem. Całe szczęście, że muzyka potrafi uzupełnić deficyt słońca.

    Phillip Bracken to australijski artysta z kręgu muzyki songwriterskiej, albo – jak niektórzy mówią – „piosenki z tekstem”. Za tym wszystkim jednak kryje się znacznie więcej. Jego twórczość z pewnością oczaruje tych, którzy lubią solidne połączenie folku, jazzu i indie, opatrzonych alternatywnym sznytem. Muzyk zdążył wydać już swoją debiutancką płytę, a na koncie ma także dwie epki. Jedną z nich jest właśnie płyta The Opole Session

    Jak powstał ten krążek? Zgodnie z tym, co można przeczytać na stronie internetowej Brackena, jednego dnia miały miejsce próby, a następnego – nagranie płyty. Artysta zaprosił do współpracy czterech polskich muzyków. Jak nietrudno się domyślić, cała rzecz wydarzyła się właśnie w Opolu (a dokładniej w Radiu Opole), w 2012 roku. 

    Byłam kiedyś na koncercie Brackena w moim rodzinnym mieście i właśnie wtedy płyta The Opole Session dołączyła do mojej skromnej muzycznej kolekcji. W Internecie (m.in. na platformie Spotify) można znaleźć okładkę w dość ciemnej, wieczornej niebieskiej kolorystyce, przedstawiającej ulicę w mieście. Jednak oprawa krążka, który dostał się w moje ręce, jest zgoła inna. Płytę zamknięto w oryginalnie złożonej kartce w intensywnie pomarańczowej barwie. Być może przez zwykły sentyment okładka ta bardziej pasuje mi do krążka niż ta „oficjalna” – a być może zdaje się lepiej korespondować z muzyką, którą Bracken reprezentuje. Tym subtelnym akcentem przejdę ze strefy graficznej w muzyczną.

    The Opole Session składa się z ośmiu numerów i trwa nieco ponad pół godziny. Jest to płyta krótka, a więc idealna do przesłuchania „na raz”. Brzmienia klasycznych instrumentów, takich jak gitara akustyczna czy kontrabas, mieszają się z elektrycznymi, a także bardziej „egzotycznymi”, nietypowymi elementami – jeden z artystów na płycie gra na duduku. Całość jednak splata się w bardzo przyjemną, nastrojową mieszankę, w której wokal Brackena absolutnie stanowi crème de la crème. Jego głos jest wyjątkowo ciepły, często nawet hipnotyzujący. Choć na pierwszy rzut oka (a właściwie ucha) wszystkie piosenki brzmią dość podobnie, to po dwóch przesłuchaniach i kolejnych można łatwo rozróżnić poszczególne numery. Każdy z nich ma bowiem w sobie coś charakterystycznego. Mimo to wszystkie elementy tej układanki mają swoją jedną wspólną cechę: żywą, pozytywną energię, coś w rodzaju werwy, którą czuć, kiedy słucha się płyty. Ta muzyka zostawia w słuchaczu swoisty wewnętrzny uśmiech. 

    Warstwa tekstowa także ma w sobie coś unikalnego. Słowa ułożone przez Brackena dotykają różnych tematów, od tych łatwiejszych do zinterpretowania po takie, które są dość niejednoznaczne. Dość często w tekstach pojawia się motyw miłości, i to różnorakiej – i pomimo tego, że miłość ta miewa weselsze czy smutniejsze zabarwienia, to zawsze gdzieś między wierszami kryje się coś pozytywnego. To jednak nie jedyna rzecz, o której opowiada Bracken. W piosenkach padają też rozmyślania o prawach rządzących światem. Oprócz tego niektóre numery zdają się być zagadką, w której autor zawarł jakiś nieoczywisty sens. To na pewno utwory, nad którymi trzeba troszkę pomyśleć, ale są one także dość intrygujące – na pewno zostawiają duże pole do popisu dla osób z poetyckimi zapędami. Pojawia się także piosenka, która swoim tekstem nawiązuje do powieści Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata” (osobiście jest to jedna z moich ulubionych). 

    Wspomniany przeze mnie utwór, noszący tytuł The Master and Margarita, jest swoistą perełką na całej płycie. Ma on bardzo ciekawą kompozycję – zdaje się składać z dwóch osobnych części, z których każda ma nieco inny klimat, ale mimo wszystko obie pięknie się uzupełniają. Cały numer zdaje się przypominać ścieżkę dźwiękową do vintage’owego filmu kryminalnego. Mimo wszystko nie jest to jedyna piosenka, która przykuwa uwagę. Co prawda według mnie cała płyta jest zdecydowanie warta przesłuchania, ale gdybym miała polecić jakiś szczególny numer oprócz Mistrza i Małgorzaty, to na pewno byłby to pierwszy element na krążku: Ishmael (It’s Not Too Late). Numer ten nie dość, że ciekawie wprowadza do płyty, to, ze względu na swoje brzmienie, jest momentami niemal eteryczny. 

    Zwykle kiedy słucham tej płyty, przed moimi oczami pojawiają się krajobrazy przepełnione słońcem. I chociaż mogłabym nazwać też ten krążek „letnim”, ze względu na swoją lekkość i to, jak przyjemnie się go słucha, wydaje mi się, że tak naprawdę muzyka Phillipa Brackena będzie idealna na każdą porę roku. A w bardziej ponurych chwilach na pewno stanie się przyjazną odskocznią.

    The Opole Session – autorzy: 

    Phillip Bracken – autor muzyki i tekstów. Muzycy: Phillip Bracken, Jacek Mielcarek, Jakub Mielcarek, Mateusz Szemraj, Jarek Korzonek. Nagranie i mix: Arkadiusz Czyżewski. 

    Tekst: Weronika Boińska


    Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

    Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

    Zamknij!