Poezja studencka edycja 4

Autor: dnia: 13 grudnia, 2025

29 listopada, w atmosferze przepełnionej od magii, tajemniczych wróżb i andrzejkowego schyłku jesieni, audycja Dramat na Antenie w radiu studenckim UJOT FM zorganizowała wyjątkowe wydarzenie. Członkowie audycji zrealizowali już czwartą edycję akcji Poezja Studencka.

Jest to wydarzenie, które pozwala młodym i początkującym pisarzom na zaprezentowanie swoich dzieł szerszej publiczności i odczytanie na żywo nie tylko swoich wierszy, lecz także i prozy, dramatów oraz wszystkiego, co powstało na papierze w wyniku ich własnej, oryginalnej inspiracji. Jest to wyjątkowa okazja, by w przestrzeniach radiowych UJOT FM, przy mikrofonie, zadebiutować ze swoją twórczością.

Emisja w Andrzejki nie była przypadkowa, jako że tematyka i nastrój tego wyjątkowego dnia służyły za inspirację dla Autorów. Nasi młodzi Twórcy zaprezentowali dzieła, które w różny sposób podchodziły do zaproponowanego lejtmotywu, jednakże i tym razem, podobnie jak w poprzednich edycjach Poezji Studenckiej, było co czytać. Podczas tego andrzejkowego wydania dominowały wiersze. Były one zróżnicowane i poruszały wiele aspektów ludzkiego istnienia. Pojawiła się też proza, równie inspirująca i nietuzinkowa.

A teraz serdecznie zapraszamy na spotkanie z twórczością młodych Pisarzy!

 

Piotr Pojnar (pseud. Wytrwały Ślimak)

Zapisek 11.

Czasem widział ją w snach. Pojawiała się, pełna przejmującego Ciepła, a z jej wirującej sukni

spływały warkocze zieleni i kwiatów. W tym szalonym tańcu wystrzelała jakby do góry,

pieszcząc Ziemię bosymi stopy. I widział, że przyzywa go wzrokiem, zda się macha do niego

ręką. ‘Pójdź, wirujmy razem w takt muzyki!’ I już, już, chce za nią podążyć, ale nie jest w

stanie. Stopy grzęzną mu, jak przyspawane betonem do podłoża tego świata. I błaga wtedy:

‘Zaklinam! Pojaw się i już zostań! Póki sił mnie jednemu, mnie robaczkowi, będę szedł. Póki

sił!’ I wtedy budzi się w dusznym, piekącym słońcu betonowego upału. ‘To nie tak ma być,’

myśli, ‘ten świat jest chory. Błagam, Miła, powstań i uzdrów go dla mnie ponownie. Zamień

to ciepło, z beznamiętnej duszności, w zielone Ciepło Matki. Niech znów ukwiecą się łąki mego

Serca! Póki sił! Byłem wojownikiem, który śni o pokoju. Byłem wyschłą skorupą, która śni o

wilgoci lasu. Kiedyś w końcu trzeba się obudzić. Lub nie..? Przecież możemy śnić dalej,

uparcie, niczym niewychowany dzieciuch. Śnić, aż nasz sen się ziści…

 

Jesteśmy zwierzętami

Jesteśmy zwierzętami

psami oswojonymi

ułożonymi, wychowanymi od szczenięcia

w garniturach, pod krawatem, z moralnością w kant

Lecz gdzieś, pod skórą,

gdzieś, z głębin ziemi

Las

wzywa nas nadal

i rosną nam

kły

aż psy powstaną

i zmienią się w wilki

 

Wiktor Trzecina

Białe miasto

Nad wielką Wodą

Rośnie zielone pustkowie

A na nim cud – białe miasto

 

Fundamenty skryte

W wysokich klifach

Nad wielką Wodą

 

Ściany gładkie

Czyste i białe

Przez lata zachowane

 

Z dachów spadają

Zawieszone na ścianach

Najpiękniejsze kwiaty tej ziemi

niewinne

 

Nad Wodą wielką

Wzniesiono białe miasto

czyste miasto

opustoszałe miasto

 

Nad wodą wielką

Wzniesiono miasto

Białe jak kości jej mieszkańców

Wyrzucone na śmietnik historii

 

Ból Fantomowy

Niełatwo jest połączyć

Dwa sprzeczne żywioły

Czerwień i błękit

 

Czerwone róże

Wyrośnięte z trybików

Kolce zaostrzone na końcu

jak wskazówki

Ustawione i skierowane…

 

Błękitne chmury

Nad delikatną skórą

Obłoki miękko leżące

Jak palce

Biegnące równo z myślami…

 

Chciałoby się obu

By stanowiły jedno

Na zielonej polanie

Bezkresnej

Pod blaskiem złotego słońca

 

Weronika Wójcik

Pod taflą jesteśmy tacy sami

W noc Andrzejkową granicę światów były cieńsze niż zwykle-tak mawiała jej babka. Ale kobieta o kruczoczarnych włosach nigdy w podobne słowa nie wierzyła. Tego wieczoru jednak coś wciągnęło ją na brzeg zamarzniętego jeziora.  Spojrzała w dół i zobaczyła pod wodą małego chłopca. Dziecko nie ruszało się. Obserwowało ją bacznie spod tafli wody, a ona odwdzięczała mu się tym samym. Różnica była jedna, ale istotna. Kobieta o szmaragdowych oczach była po stronie żywych, dziecko unoszące się w wodzie nie, a mimo to jego oczy bacznie się w nią wpatrywały. Dogłębnie analizowały każdy skrawek jej ciała. Poczynając od szpiczastych dłoni, a kończąc na jej twarzy, trudnej do scharakteryzowania. Jej mimika nie była adekwatna ani do sytuacji, w jakiej się znalazła, ani do miejsca, do którego przywlekły ją obolałe. Jednak pomimo promieniującego bólu, nie dałaby sobie uciąć za to ręki. Właściwie nie była pewna już niczego. Jej ostatnim wspomnieniem było ciepło kominka i grzejąca ją od środka herbata z imbirem. To było wszystko, co pamiętała.

Chłopiec niespodziewanie przyłożył lewą dłoń do tafli lodu. Kobieta dostrzegła na jego nadgarstku cyfrowy zegarek. Data i godzina wyświetlającą się na jego tarczy napełniła kruczowłosą przerażeniem. 29 stycznia 2018 roku świadczył tylko jedno. Ich milcząca wymiana spojrzeń trwała już cały dzień. Szmaragdowooka czym prędzej zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu odpowiedzi. Jednak oderwanie wzroku od chłopca przyniosło jedynie negatywne skutki. O ile drzewa nie mają twarzy, kobieta była pewna, że te wokół niej zaczęły przyglądać się jej groźnie i uśmiechać złowrogo. Nieliczne budynki, jakie ją otaczały zaczęły migać jej przed oczami, a w następnej kolejności jeden po drugim rozpraszać się pył. Dopiero gdy znów spojrzała w oczy chłopca, cały chaos ustał. Kiedy zdała sobie z tego sprawę, prawy kącik ust dziecka uniósł się do góry, jednak nawet ten gest nie przyczynił się do rozpoczęcia rozmowy.

Serce kobiety zabiło głośniej, a być może to cisza zdawała się nabrać mocy. Niezależnie od czynnika, atmosfera między nimi stała się jeszcze gęstsza. Nie pomagał również w tym fakt, iż dziewczęca dłoń zaczęła wędrować do kieszeni jej kurtki. Ani dziecko spod tafli, ani kobieta nie wiedzieli, co zaraz ujrzą ich oczy. Wiedziała to tylko ręka, która poruszała się własnym życiem. W tym momencie żadna siła nie była w stanie jej powstrzymać, gdy sięgała po przemokniętą kartkę z oderwanym rogiem i błękitny długopis o nieznanym kolorze tuszu. Przedmioty ułożone na lodzie przez dłoń okrywał nieznany cień. Mrok bijący od prostych rzeczy namawiał do dotyku. Mimo to kobieta nie podniosła owych rzeczy. Czekała, aż zrobi to chłopiec. Pragnęła zobaczyć jak jego dłoń przebija się przez taflę. Jednak nic takiego się nie stało.

Długopis i karta została nienaruszona przez siłę ludzką. Z powierzchni lodu zdmuchnęło je coś innego i nie był to wiatr. Ta sama niezdefiniowana siła roztopiła taflę jeziora, pomijając jeden fragment. Lód zaczął się kruszyć wszędzie poza niewielkim okręgiem, wewnątrz którego siedziała. Dźwięk tej czynności był ogłuszający. Znacznie głośniejszy niż człowiek jest w stanie sobie wyobrazić. Był to majestatyczny widok dla biernego obserwatora, przeciwnie dla uczestnika. Kruczowłosa uniosła ciemną brew, usiłując w ten sposób zadać nieme pytanie. Chłopiec nie odpowiedział, a jego obojętna mina wywołała dreszcz na jej plecach.
Gdzieś w oddali zaskrzeczał ptak. Łagodna natura szmaragdowookiej zlękła się do tego stopnia, iż zmniejszyła ilość zajmowanej powierzchni na dryfującej tafli. Czuła przerażenie aż do szpiku kości. Teraz była pewna – dziecko, które widziała pod sobą w rzeczywistości nie żyło, a bynajmniej nie w powszechnej definicji tego słowa.

-Nigdy więcej tego nie rób. – odezwał się chłopiec i chociaż dzieliła ich tafla jeziora, jego głos słychać było bez zarzutów.
-Czego?
Głos kobiety drżał. Jej słowa nie brzmiały, chociażby w połowie tak pewnie, jak słowa chłopca. Przypuszczała, że była od niego sporo starsza, a mimo to czuła się w tej chwili mniejsza.
-Nigdy więcej nie czekaj na czyiś ruch.
Oczy kruczowłosej zaświeciły jaśniej, a umysł otworzył się na usłyszane słowa. To nie chłopiec milczał, to ona nie zadała pytania.

 

Kamil Tłuszcz

o ciszy

Za wszelką cenę chcę zatrzymać w niej tę młodość,

W mojej mamie – opisać słowem jej twardość.

 

A pamiętam jak w snach widziałem wielkie mosty.

A powodem takich snów – szarawy kolor prosty:

 

Siwy – jak siwej barwy są włosy mojej mamy?

Nie zaufamy.

Proszę – nie zabieraj, czasie, jej włosów kruczej czerni.

Bezczelni.

 

Wszyscy niewrażliwi na błogi stan waszej ciszy,

A przecież wyostrzone są każde zmysły niszy.

 

Nie łkaj, ciszo, bo wiem, że jesteś, bije serca dzwon.

Ze stali, kliszo, zostaw na szybie szarej barwy szron.

 

Wyżej, dalej, mechanizm zegara stuk, stuk, stuka.

A cisza? Znów zgubionego głosu szuk, szuk, szuka.

 

Sztuka

odnaleźć w podręczniku powód twojej ciszy.

Puka

o rycinę wnętrza ucha, głosem zwykłej myszy.

 

A ja mówię – nie wiem… Co z tego jest zniszczone.

A chciałem rzec, że nic ci nie było… Wyciszone.

 

Nadal słyszę szum z dzieciństwa – małych myszy pisk,

Moich dziadków szmer i przekleństwa – dźwięku ciągły ścisk.

 

Znam twój dotyk na moim gardle, na strunie głosów,

Nadal tęskniąc za dawną czernią twych siwych włosów.

 

Mówiąc ciszy: chcę być przy tobie i nigdzie indziej.

Choć widzę ciszę… coraz mniej, a chciałbym jeszcze bardziej.

 

Anna Cupek

Ja sarna ja wilk

Gnać przez gęstwiny lasu i puste łany przestrzeni. Jak sarna albo inna dusza, połykać ziemię każdym krokiem – skokiem – lotem. Rwany oddech, szczęśliwe zmęczenie, białe kłęby pary na skraju widzenia. Serce krzyczy, że żyję, bo oddech mój paruje i choć cały świat zamarza – ja jestem ciepła. Jestem wieczną wiosną wewnątrz siebie, młodością i życiem, które nigdy nie przemija, bo umiera i odradza się nieskończenie często, tak że nigdy nie ginie.

Nigdy nie ginąć, to znaczy: akceptować porządek zmienności, tak jak drzewo akceptuje nagą surowość zimy. Nie chować się przed mrozem, nie błagać o przedłużenie lata, i z godnością właściwą przyrodzie, zasnąć pod ciężkim śniegiem. Przez kilka miesięcy nie być już tym samym, co wcześniej drzewem, stać się jedynie wspomnieniem, zapisanym gdzieś głęboko w genach, w uśpionych gałęziach, targanych wyjącym wiatrem. Lecz drzewo znosi to dzielnie, bo taka jest natura drzewa.

Zamiast drzewem można zostać wiatrem; lub razem z wiatrem przemierzać las w pędzie. Zostać życiem pośród śmierci, która nie jest śmiercią, tylko jej bliźniaczym bratem – snem. Być falą w morzu stagnacji, być dźwiękiem w pustej przestrzeni, pięknem wśród terroru i pięknym terrorem.

Znowóż mrugnąć ślepiami sarny, osadzić się w krwi i kości, wyrównać rytm spiesznego oddechu i przystanąć na skraju lasu, gdzie majaczy znajomy kształt wilka. Wtedy bez lęku spojrzeć w oczy drapieżnika i patrzeć oczami drapieżnika, z czystą ciekawością stworzenia, które żyje z chwili na chwilę. Nie boję się – świat nie jest mi wrogi, ani ja nie jestem mu wroga, bo to ja jestem światem. Nie ma strachu w świadomości, że śmierć mnie sarny to życie mnie wilka. Żadne z nas nie rozróżnia ani dobra od zła, ani dzisiaj od jutra, bo to wszystko konstrukty właściwe nieszczęściu człowieka.

Dla nas – dla świata – istnieje jedynie życie. Krew ciepła i przepływająca, z jednej żyły do drugiej, z gardła do gardła, w stałym ruchu jak wiatr, który wieje, choć nie dlatego, że boi się przestać być wiatrem; tak jak krew nie boi się, że przestanie być krwią. Ruch jest jej naturą. Przestaje być krwią, gdy zastyga na śniegu, stapiając się ze śladami wilka.

Wilk pozostał sam, lecz nie czuje się wcale samotny. Nie ma samotności w świecie, w którym cały świat jest jednym, w ciepłej obojętności, która mówi ,,rośnij”, tak jak rosną włosy, gdy nikt ich nie obcina. Tak jak wstaje słońce i nikt nie może mu zabronić własnego piękna, które jest słońcu całkiem obojętne, bo dla siebie samego nie jest niczym konkretnym, jak tylko słońcem. Tak i wilk nie widzi ani własnego piękna, ani piękna sarny, którą połyka.

Sarna jest nieumarła, choć zmienia swój stan rzeczy – staje się glebą, a jeszcze wcześniej – wilkiem, a jeszcze wcześniej (być może) – częścią pokolenia kolejnych sarenek. I stanie się na nowo: i sarną, i wilkiem, i wiatrem, i drzewem, całym lasem i światem, którym od początku była. A ja jak sarna jestem zmienna i nigdy już nie będę dokładnie tym samym, czymkolwiek byłam.

I nie będzie już tej samej ja sarny ani ja wilka.

 

Jabuszko

QUIERE UN TÉ

Za górami, za lasami,

idąc krętymi drogami,

Morze Śródziemne okrąża krainę.

omijając pewnie jakąś dolinę,

można zobaczyć Hiszpanię,

leżącą na wyżynie.

 

Słuchałabym przy szampanie,

pieśni granej o niej na tamburynie.

Bo Hiszpania,

to dla mnie jak dla Sherlocka sprawa w Londynie.

 

Językiem włada się tam pięknym,

inne słowa, przy hiszpańskim wydają się dźwiękiem dość mizernym.

Popularne zwroty, wpadające w ucho,

„Te amo!” powiadają do swych miłych krucho,

nie wiedzą, że ja zwróciłabym się z tym zwrotem do hiszpańskiej flagi.

Prócz niej, nic nie zwraca tak mej uwagi.

Żółta poświata, czerwień w tle arcymistrzowska.

Prawie tak piękna jak któraś synagoga Krakowska.

Na prawym słupie jest korona cesarska, a na lewym – królewska.

Wpadające w oko jak smak ciasta „Pani Walewska”.

Symbolizują potęgę kraju.

W końcu, poczujesz się w nim jak w raju.

 

I w Hiszpanii znajduje się najstarsza działająca restauracja na świecie.

Wianki w mej głowie ta informacja plecie.

Jako fanka jedzenia i lokalnej kuchni melduję,

że dań jak paella, gazpacho spróbuję.

 

W kolejce nie zabraknie też churros i tapas,

żeby przy obiedzie zachować pewien balans.

Popije posiłek sangria łykiem,

zapłacę kelnerom uśmiechu płomykiem.

 

Na dodatek Madryt tak pamiątkowy,

mam pozytywne zawroty głowy.

Pałac Królewski w tej stolicy, w centrum miasta,

przypomina o królu, o głowie państwa.

 

Otóż monarchia w XXI wieku to nie sprawa oczywista,

ale lepszy król zamiast dyktatora.. bo to nie komunista.

Wracając do zamku, to elegancka rezydencja!

Zanim władcy skończy się kadencja,

można go sobie zwiedzić, to zadowala.

Warto to zrobić, właśnie póki król pozwala.

 

Jaskinia El Soplao, podziemne cudowności natury,

Muzeum Guggenheima, które słynie z wybitnej kolekcji dzieł sztuki i awangardowej architektury.

La Tomatina nie ma sobie równych.

Chociaż to co tam się dzieje, należy do sytuacji trudnych.

To wyjątkowy festiwal odbywający się w Buñol raz do roku.

Podczas niego rzucanie w przechodniów pomidorami jest w toku.

 

Więcej atrakcji nawet nie będę wymieniać

O obejrzenie ich na żywo trzeba się ubiegać.

Mój wymarzony wyjazd by wziął pod uwagę wszystkie te miejsca.

Ja nie wykluczam, to ma natura dziewczęca.

Z mamą, tatą, siostrą bym zwiedzała.

Chętnie te momenty razem uwieczniała.

 

Rodzice jeszcze nie wiedzą o moim małym marzeniu.

Ale na pewno odetchną, że nie jest nim papieros w wytchnieniu.

Chociaż z drugiej strony kraj ten jak narkotyk na mnie działa.

Myślę o nim często, i poświęcam mu me plany cała.

W końcu, myśli o telenowelach i walkach z bykami wracają do mnie co tydzień,

gdy Hiszpanię dodaje ciągle na nowo do mojej listy życzeń.

 

Natalia Kamieniarz

Pozytywy

w oknach szarych

pozytywów chmary

okruchy dawnych wspomnień

dawno uleciały

staram się chwytać za rękaw

świat straszny

przez okno wypycham nastrój

już na mnie za ciasny

pozytywów nie starcza

do końca miesiąca

od narzekania na istotę ludzką

zaczynam być śpiąca

pocieszam się sztuką

drobnymi rzeczami

przykrywam twarz smutną

ciepłymi zniczami

bo wiem podświadomie

że selekcja jest potrzebna

aby ten płomień wspaniały

oddzielić od drewna

 

D.

Nie chcąc miałeś uśmiech krótki

W ochach ludzi widz malutki

Drwiłeś z życia pech wszelaki

Więc odczuwam twoje braki

Kochać? Czymże jest kochanie

Nie zazdroszczę wam go w cale

Lecz dziś nienawidzę szczerze

W wierze dobrej i w złej wierze

Tej ogromnie wielkiej straty

Że dziś w ręce mojej kwiaty …

 

Frau

Za sztywna dla żyjących

Za luźna dla drucianych

Zębów, jelit, palców

Nie mam już tych samych

Gruboskórne palce oplatają szyje

Ciepło krwi pulsuje i czuję, że żyje

Siniaków podwaliny kołaczą mi głośno

Na skórę różowawą spoglądam dziś skośno

Dzisiaj jestem ślepa nie widzę się w sobie

Szukam sensu w życiu i własnej wątrobie

 

Igor Wrzesiński

piętno Ablowe

Chodźmy na pole.

 

A gdy byli na polu,

szarym

głuchym

śmierdzącym wonią zgniłych jabłek

Kain wziął głęboki oddech

naprężył zdradzieckie muskuły

Kain rzucił się na swego brata Abla

dusząc go, młodszy zwinnie chwycił jabłko Ewy

i nim uderzył

Kain spadł z tronu

Abel miał wybór

(lecz nie czuł korony)

Miłosny spokój lub Krwawą złość

którą ma prawo odczuwać

rzucił jabłkiem

na zawsze już z Ablem pozostaną

 

Na kasztanowiec

skarbie, siądź pod mym jesiennym liściem, posnuj historii kilka o sobie

nie dojdą cię tu zmartwienia, przyrzekam ja tobie

choć ambarasy z wiekiem twym narastają, to me kolorowe liście

ukoją pod swą objętością każde problemy zaiście

skarbie, ja wiem, że się ty boisz zimy,

że napływ srebrnych listków powoduje u ciebie wybuch gorzkiej miny

z mej kory płynie większa mobilizacja pary

pospieszam moje gałązki, by produkowały kasztany, by pokazać, że mam dla ciebie jeszcze pewne

dary

a ja całą siłą będę walczyć o te korzenie

chodź nieustannie nadciąga ich wyplenienie

drzewo w szpitalu (kto by to pomyślał)

miejsce me jest przed blokiem z lat po stalinowskich, z fioletowego okna widoku

zawsze przy twym boku

 

nawet gdy nastanie twoje lato, jesień lub zima

czas nas uleczy

a twój sen łzy ci poleczy.

 

Ania Ozga

 

Nadzieja

Słońce ciepło swe zabrało

Już nie mamy dokąd gnać

Mamy to co nam zostało

Świat przykryła gęsta mgła

Krople deszczu teraz grają

Tę melodię jak ze snu

Liście szumem swym śpiewają

O najkrótszym w roku dniu

Szelest cichnie, wiatr ustaje

Słońce daje nam nadzieję

Lecz już stoi na rozstaju

Kiedy zniknie, wiatr zawieje

Jednak liście nie spadają

Gdy odchodzą od swych drzew

Tylko w niebo się wzbijają

By odnaleźć Słońca zew

 

Karolina Wiktor

Kiedy myślę o tobie

Mój długopis się nie zatrzymuje

Głowa nie odpoczywa

Temperatura nie spada

Wszystko jest wewnątrz, ale zachowuje się jak stado wściekłych os

Ciało krzyczy

A dusza pragnie ukojenia, którego nie dostaje od Ciebie

Mówisz, że musi poczekać

Ja mówię, że już nie dam rady

Gdy temperatura wzrasta do 100°C woda wrze

Jej cząsteczki zamieniają się w parę wodną, uciekają

Pośpiesz się, bo nie zdążysz

 

Płotka

Są tacy, którzy w ogóle nie lubią gości. W zasadzie nikt, tak naprawdę, nie lubi gości

niezapowiedzianych. Ale niewielu zdaje sobie sprawę z tego, jaki rodzaj gości jest najgorszy.

Najgorsi goście to tacy, którym wystarcza samo twoje towarzystwo.

Tego typu intencje lub, co gorsza, deklaracje od razu wyłączają wszelkie próby

kurtuazyjnego zachowania. A potem to ty wychodzisz na buraka, no bo przecież kiedy gość w

dom, to wręcz wypada zapytać o herbatę, to znaczy, czy sobie takiej życzy, albo kawy, wody,

wina, piwa, soku, Chryste, nawet do sklepu byś szybko wyskoczył, żeby tylko gościa dobrze

potraktować, rzecz jasna. Bogu dzięki, jeśli gości wielu i jeśli jeden akurat jest choć trochę

głodny, bo wtedy gospodarzowi wypada, ba, odpowiedzialnością gospodarza jest głodnych

nakarmić, spragnionych napoić. A skoro już jeden przyzna, że jest głodny, no to i reszcie

łatwiej przyznać, że też by coś niecoś przekąsili, a wtedy wystarczy poświęcić pół godziny na

jakąś prostą przekąskę i cyk – reputacja gospodarza roku gotowa.

A jak taki gość nie jest głodny ani spragniony, no to się domyślaj. Bo przecież o coś tu

musi chodzić, nie? Bo taki gość, co to tylko dla towarzystwa, to nie zwraca uwagi, czy akurat

masz czysto, czy brudno (chyba że franca udaje) i nawet powstydzić się przed takim nie

możesz, że nie sprzątane, czy że nie sprzątane dostatecznie. Nie zależy mu na grach, na

zabawie tanecznej, wspólnych seansach, on to wszystko, cały szlachetny gospodarski

asortyment, wykwintny dobór możliwych do przygotowania przekąsek i paletę napojów, którą

przecież zgodnie z deklaracją chętnie się uzupełni, to wszystko zostaje zrównane z ziemią,

zlekceważone, zdeptane na rzecz żałośnie prostej deklaracji, której pomimo walki, pomimo

szlachetnych chęci, w końcu trzeba ulec.

Wystarczy twoje towarzystwo.

No więc w końcu siadasz z takim prostym gościem. Sam na sam.

I co wtedy robić?

 

Autor tekstu: Wiktor Trzecina


Aktualnie gramy

Tytuł

Artysta

Audycja on-air

Studio kryminalne

10:00 12:00

Background