Mogło być lepiej, mogło być gorzej. Reprezentacja Polski w eliminacjach do Mistrzostw Świata 2026 [PODSUMOWANIE ROKU]

Autor: dnia: 3 stycznia, 2026

Rok 2025 oznaczał dla piłkarskiej reprezentacji Polski eliminacje do Mistrzostw Świata w USA, Kanadzie i Meksyku. Jak już teraz wiemy – zakończone na drugim miejscu w grupie, z wywalczonym udziałem w marcowych barażach. Ale na pewnym etapie taki wynik nie był wcale oczywisty…

Kwalifikacje możemy podzielić na dwa okresy. Przed czerwcowym meczem z Finlandią i po nim, albo – jak kto woli – na kadencje Michała Probierza oraz Jana Urbana.

Tę pierwszą fazę rozpoczęliśmy marcowym zgrupowaniem w Warszawie i meczami u siebie z Litwą i Maltą. Były to spotkania łudząco do siebie podobne, czyli – mówiąc wprost –  średnie. Niby mogło być gorzej, niby wyniki się broniły, ale styl, w jakim pokonaliśmy te dwa najsłabsze w naszej grupie zespoły, nie był najlepszy. 

W spotkaniu z Litwą musieliśmy się męczyć aż do osiemdziesiątej pierwszej minuty, kiedy Robert Lewandowski wreszcie „wyszarpał gola” na 1–0 po rykoszecie od Artemijusa Tutyskinasa. Trochę łatwiej poszło z Maltą. Wtedy worek z bramkami rozwiązaliśmy w dwudziestej siódmej minucie i dzięki dwóm golom Karola Świderskiego nie męczyliśmy się aż tak bardzo, jak przeciwko Litwinom. Jednak nadal trzeba przyznać, że w obu tych spotkaniach graliśmy poniżej oczekiwań. Przeciwnicy natrafili na sytuacje, w których od straty gola chroniły nas tylko wzorowe interwencje Łukasza Skorupskiego. 

Zdecydowanie najsłabszym momentem eliminacji była czerwcowa porażka 1–2 z Finlandią w Helsinkach. Porażka zasłużona. Finowie stworzyli sobie lepsze okazje do strzelenia bramki i wygrali z wyższym współczynnikiem goli oczekiwanych. Gole dla Suomi strzelili Joel Pohjanpalo – z rzutu karnego – oraz Benjamin Källman, a dla Polaków trafił Jakub Kiwior. Na tamtym etapie rozgrywek musieliśmy się obawiać nawet o awans do baraży. Przecież przegraliśmy bezpośrednio z naszym najpoważniejszym rywalem o drugie miejsce w grupie.

Choć o ówczesnym ustąpieniu ze stanowiska selekcjonera Michała Probierza przesądziły kwestie pozasportowe, szczególnie problem opaski kapitańskiej. Trzeba przyznać, że po dwóch latach jego kadencji zespół wyglądał niemrawo. Drużyna wpadła w stagnację i nie było widać ani postępów, ani długofalowej wizji, ani kierunku, w którym reprezentacja mogłaby podążać.  

Zatrudniony więc został Jan Urban i – sądząc po reakcjach – wszystko odmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pierwszy mecz pod jego wodzą z Holandią, na trudnym terenie w Rotterdamie, jawił się jako nie lada wyzwanie. Ku zaskoczeniu wielu, zremisowaliśmy 1–1 po golu Denzela Dumfriesa dla Holendrów i Matty’ego Casha dla „naszych”. 

Chociaż gole oczekiwane, posiadanie piłki czy liczba strzałów wskazywały na dominację Oranje i – patrząc realistycznie – nie był to świetny mecz w wykonaniu reprezentacji Polski, było co chwalić. Chociażby to, jak obrona, z debiutującym Przemysławem Wiśniewskim, była w stanie wytrzymać pod naporem dużo lepszej piłkarsko reprezentacji. Na uwagę zasługują też trafne zmiany Jana Urbana. 

Potem było jeszcze lepiej. Polska wygrała z Finlandią 3–1 na Stadionie Śląskim w Chorzowie, po golach – znowu – Matty’ego Casha, Roberta Lewandowskiego (po wybitnym podaniu Piotra Zielińskiego) i Jakuba Kamińskiego, po asyście Lewandowskiego. Dla Finów strzelił Benjamin Källman, tak jak w czerwcowym meczu. Mimo niższego posiadania piłki, Biało-Czerwoni po prostu wyglądali w tym meczu lepiej od rywali. Oddali więcej strzałów, w tym strzały z lepszych pozycji i tak naprawdę ani przez chwilę nie mieliśmy możliwości pomyśleć, że reprezentacja Finlandii (z którą przecież przegraliśmy ledwie 3 miesiące wcześniej) zdoła w tym meczu cokolwiek „ugrać”. 

Potem wygraliśmy z Litwą 2–0 na wyjeździe, po golu Sebastiana Szymańskiego (z rzutu rożnego notabene!) i Roberta Lewandowskiego po asyście Szymańskiego. Tak więc ten mecz upłynął pod znakiem świetnego występu naszego ofensywnego pomocnika. Znowu byliśmy stroną dominującą i ponownie był to lepszy mecz, niż ten pierwszy z tym samym przeciwnikiem – u siebie w marcu.

Następnie nadszedł chyba najlepszy dla nas moment tych eliminacji. Mimo tego, że nie wygraliśmy, listopadowy mecz z Holandią zakończony remisem 1–1, był szczytem naszych możliwości pod względem stylu gry. Po pierwsze – z dużo lepszą na papierze, naszpikowaną gwiazdami drużyną, wygrywaliśmy (wprawdzie tylko przez kilka minut, ale jednak) po golu Jakuba Kamińskiego i pięknej asyście: podaniu z półobrotu w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po drugie – pomimo tego, że ostatecznie zremisowaliśmy, byliśmy tak naprawdę lepszym zespołem od reprezentacji Holandii (!). Zaliczyliśmy więcej strzałów i mieliśmy lepszą statystykę goli oczekiwanych. Kto wie, co by było, gdyby nie pudło Nicoli Zalewskiego z samego początku spotkania?

Lekkie chmury pojawiły się na tym czystym do tej pory niebie po zwycięstwie z Maltą w ostatniej kolejce, w wyjątkowo słabym stylu. Wygraliśmy w Ta’ Qali 3–2 po golach Lewandowskiego, Wszołka i Zielińskiego. Dla Maltańczyków strzelili Cardona i Teuma. Ten drugi gol padł z rzutu karnego, podyktowanego po niesamowitej sytuacji, kiedy wynik wskutek interwencji VAR w mgnieniu oka zmienił się z 3–1 dla reprezentacji Polski na 2–2. Patrząc statystycznie, drużyna Malty dużo słabsza na papierze, była w tym spotkaniu stroną przeważającą, co znowu było widać chociażby po statystyce strzałów celnych. Do tego moglibyśmy dołożyć jeszcze takie pomniejsze problemy, jak żółta kartka Nicoli Zalewskiego, która wyklucza go z udziału w kluczowym meczu z Albanią w marcu. 

Zajęliśmy zatem drugie miejsce w grupie. Zagwarantowaliśmy sobie udział w barażach. Ponadto nie przegraliśmy z Holandią, najlepszym zespołem grupy, który na Mundial awansował bezpośrednio. Myślę, że przed rozpoczęciem rozgrywek „wzięlibyśmy to w ciemno”. Na pewno ja bym wziął.

Możemy jednak żałować, że start rozgrywek był dość niemrawy. Gdyby nie średnie pierwsze dwa mecze, wygrane stosunkowo nisko, a przede wszystkim fatalny mecz z Finlandią – mogliśmy realnie powalczyć o bezpośredni awans na Mistrzostwa Świata. Mecz z Holandią w przedostatniej kolejce nie musiał być tylko domeną amatorów ciekawostek statystycznych, obliczających iluzoryczne, promilowe szanse Polaków na wyprzedzenie Oranje przy pokonaniu ich dwucyfrową liczbą bramek. Do tego mały minusik przy tej dotychczas niemal nieskazitelnej kadencji Jana Urbana musimy zapisać za ostatni mecz z Maltą. Wprawdzie wygrany, ale w słabym stylu. W każdym razie – nie jest źle. Mogło być lepiej, ale zdecydowanie mogło być też dużo, dużo gorzej. Teraz pozostaje się przekonać, co piłkarscy bogowie zapisali nam w gwiazdach na mecze barażowe.

Mikołaj Przygoda


Aktualnie gramy

Tytuł

Artysta

Audycja on-air

Przerwa na Fifkę

09:00 10:00

Background