22. Festiwal Jazztopad

Autor: dnia: 24 stycznia, 2026

22. Festiwal Jazztopad
14–23.11.2025, Wrocław

Otwartość na doświadczenie i poszukiwanie nowości mogą znacznie różnić się u poszczególnych osób. Jednym to, co tradycyjne i niezmienne, daje poczucie bezpieczeństwa, satysfakcję i pozwala na wypoczynek. Innych z kolei fascynuje wszystko to, co nowe, nietypowe. Usilnie dążą do odkrywania kolejnych interesujących doświadczeń, jak najbardziej zaskakujących, podtrzymujących pewien szczególny rodzaj napięcia, które sprawia, że aż chce się biec i szukać dalej. Czasem wyjście poza to, co znane i lubiane naraża na nieprzyjemne doświadczenia; innym razem pozwala odkryć to, czym będziemy chcieli zajmować się przez kolejne lata.

Poszukując wszystkiego tego, co nowe i niespodziewane postanowiłam wybrać się do Wrocławia na wydarzenie, o którym wcześniej niewiele słyszałam. Do tej pory zetknęłam się jedynie z kilkoma relacjami na temat koncertów w mieszkaniach, jednak by w pełni poznać dany festiwal należy najpierw go jak najpełniej doświadczyć. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ze wszystkich festiwali, na których byłam, Jazztopad jest najbardziej zaskakującym i otwartym na spontaniczność. To właśnie o tych niecodziennych elementach pragnę opowiedzieć.

 

MELTING POT

Katarzyna Kapela – skrzypce, wokal (Polska); Hania Derej – fortepian (Polska/Amsterdam); Sofia Salvo – saksofon barytonowy (Berlin); Hendrik Sandstad Dalen – kontrabas (Oslo); Judith Schwarz – perkusja (Saalfelden)

Przy wejściu do Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu znalazłam się około trzydziestu minut przed rozpoczęciem koncertu. Na zewnątrz było zaledwie 6 stopni Celsjusza, powiewał chłodny, zapowiadający zbliżającą się zimę wiatr. Znakomicie oświetlony budynek rozświetlał feerią barw listopadowy, wieczorny mrok. Zaraz po wejściu moim oczom ukazał się zaskakujący widok – rozłożyste schody we foyer, prowadzące na poziom -1, wypełnione zostały kolorowymi poduszkami i pufami, u dołu schodów znajdowały się krzesła, a na samym końcu rozstawiono scenę. W centralnym jej miejscu usytuowano perkusję, po lewej stronie (patrząc od publiczności) kontrabas i saksofon barytonowy, po prawej skrzypce i fortepian. Kolorowe pasma na suficie stopniowo zmieniały barwę, przechodząc od czerwieni, przez żółć, fiolety i zieleń. Miejsca zajęli dorośli, dzieci, młodzi muzycy, niektórzy stali przy barierkach na poziomie 0. Co jakiś czas wybrzmiewał metaliczny dźwięk upuszczanych na podłogę szatniowych numerków.

Koncert rozpoczął się od pełnego głębi subtonu saksofonu barytonowego, delikatnych pociągnięć smyczkiem na kontrabasie, uderzeń w tomy oraz muśnięć palcami na strunach skrzypiec i klawiaturze fortepianu. Stopniowe zagęszczanie i wzrost dynamiki doprowadziły do muzycznego chaosu pełnego dysonansów, głośnych i gęstych partii przejmujących prowadzenie instrumentów, gwałtownej wymiany zdań. Intensywność kolektywnej improwizacji przełamywana była przez pełną żalu pieśń ludową, a zaczerpnięte z niej melodie, odbierane przez pozostałych instrumentalistów, stopniowo gubiły się w gąszczu zbiorowej ekspresji. Momentami wprowadzane stałe elementy rytmiczne i melodyczne zastępowane były mnogością zgrzytów i nieregularności.

Zaskakująca była uważność, z jaką publiczność przyglądała się wydarzeniom na scenie. Co ciekawe, nie występowały typowe dla jazzu brawa, czy okrzyki aprobaty po imponujących partiach poszczególnych instrumentalistów. Wydarzenie odbierane było jako jedna całość i dopiero, gdy wybrzmiał ostatni dźwięk, pomieszczenie wypełniło się hucznym aplauzem i zawołaniami prowadzącymi do bisu. Nazwa projektu, Melting Pot, wydaje mi się niezwykle adekwatna. W układającym się w lejek pomieszczeniu zebrali się muzycy z różnych krajów i kultur, którzy nigdy wcześniej ze sobą nie grali. Podobnie publiczność była grupą nieznajomych, złączonych przez wspólną sytuację społeczną osób. W jednym momencie przestrzeń wypełniona została rozmaitymi pomysłami, emocjami, odczuciami, które łączyły się w integralną konstrukcję improwizowanego wydarzenia. Choć z zewnątrz mogło wydawać się nieokreślonym, trudnym w odbiorze chaosem, stanowiło całość tworzonego tu i teraz, niepowtarzalnego doświadczenia.

 

Melting Pot, fot. Weronika Kuś

 

ESTRADA W ODWRÓCENIU (NFM)

Główna część amfiteatru pozostaje pusta. Publiczność rozmieszczono na antresoli oraz krzesłach z tyłu sceny i to właśnie w tę stronę skierowani są instrumentaliści. Przez cały festiwal nie opuszcza mnie poczucie przytulnej kameralności, nawet na Sali Głównej Narodowego Forum Muzyki. To tak jakby słuchacz został włączony do grona muzyków, był świadkiem niepowtarzalnej tajemnicy, o której nikt więcej się nie dowie.

 

Luke Stewart and Marta Sánchez

Na deskach estrady w odwróceniu znalazł się kontrabas i fortepian. Już po chwili publiczność obdarzona została melodyjnym pięknem improwizowanego koncertu. Wirtuozerskie partie fortepianu znakomicie łączyły się z rytmiczno-melodyczną grą kontrabasu, który przejmował rolę solisty, oddając rolę akompaniatora pianistce. Solowe akty dawały możliwość w pełni niezależnej kreatywnej ekspresji, również z użyciem alternatywnych technik wydobycia dźwięku (jak np. przeciąganie smyczka po strunach poniżej mostka, flażolety, preparowanie fortepianu). To ta łagodniejsza, miejscami wręcz oniryczna strona muzyki improwizowanej, która nie ucieka od melodii, rytmu i konsonansów, a raczej korzysta z nich z zachowaniem pełnej wolności wyboru dalszej drogi.

 

Kahil El’Zabar Ethnic Heritage Ensemble

Kahil El’Zabar – instrumenty perkusyjne; Corey Wilkes – trąbka; Alex Harding – saksofon barytonowy; Ishmael Ali – wiolonczela

Tu pierwszym z zaskoczeń było zastosowanie wiolonczeli zamiast kontrabasu, za który przejęła ona rolę rytmiczną, równocześnie stanowiąc część warstwy melodycznej. Dalej typowy dla jazzu schemat utworów: temat-solo-temat, tu jednak dwa odmienne podejścia do improwizacji instrumentów melodycznych, gdzie wyraźnie bebopowa trąbka wchodziła w dialog z saksofonem barytonowym, skręcającym znacznie w granie out i swobodną improwizację, nie stroniącą od ekspresyjnych przedęć i imitacji odgłosów zwierząt. Serce zespołu stanowił stały, transowy rytm nadawany przez Kahila na kahonie, zestawie perkusyjnym, kalimbie czy trójkącie (na których też improwizował, nie porzucając przy tym głównego motywu rytmicznego). Utworom, łączącym w sobie jazz, muzykę improwizowaną oraz elementy afrykańskiego dziedzictwa muzycznego, towarzyszyły okrzyki, nawoływania, improwizacja słowem i taniec w wykonaniu Kahila. Całość koncertu była jak zaproszenie w podróż do wrażliwego świata pełnego trudnych przeżyć, gdzie finałowy work song poruszał najgłębsze zakamarki duszy.

 

NMF, fot. Weronika Kuś

 

SPOTKANIA Z ARTYSTAMI FESTIWALU

David Murray; Kahil El’Zabar Ethnic Heritage Ensemble; Immanuel Wilkins; Joanna Duda, Sunny Kim, Helen Svoboda – to z nimi mieli okazję porozmawiać przyjeżdżający na festiwal dziennikarze i publiczność, w specjalnie przygotowanej przestrzeni czerwonych kanap we foyer na piętrze -1 i strefie z leżakami na poziomie -3. Około trzydziestu minut kreatywnie prowadzonego wywiadu (z zastosowaniem pytań tradycyjnych, losowanych, metafor, kluczy) dawało możliwość lepszego zrozumienia perspektyw artystów i bliższego wczucia się w ich twórczość już podczas koncertów. Taka zaplanowana dostępność i otwartość na słuchacza nie tylko wzbogaca doświadczenie koncertowe, ale także łamie bariery i przybliża uczestników spotkania. Gdy na dodatek po koncercie widzimy danego artystę na improv session czy koncertach w mieszkaniach, wytwarzamy poczucie wspólnoty, gdzie spotyka się człowiek z człowiekiem.

 

SALA CZERWONA

Deep Listening – Ksawery Wójciński, Xhosa Cole

W Sali Czerwonej Narodowego Forum Muzyki panuje półmrok. Na podłodze ustawiono w okręgu pufy i leżaki, pośrodku znajduje się scena. W tych niecodziennych okolicznościach spotyka się dwóch muzyków, którzy nigdy wcześniej, poza krótką próbą dźwięku, ze sobą nie grali. Saksofon i kontrabas, tylko i aż tyle wystarczy, by wprawić słuchacza w głęboką zadumę i uważne słuchanie. Źródłem dźwięku jest też flet, czy nawet plastikowa butelka. To szczególne wydarzenie zdaje się łączyć dusze we wspólnej, pełnej uważności podróży w kierunku głębokiej relaksacji.

 

Jeremy Rose’s Disruption!

Jeremy Rose – saksofon tenorowy, klarnet basowy; Simon Barker – perkusja; Chloe Kim – perkusja; Jacques Emery – kontrabas; Hilary Geddes – gitara

Znów jesteśmy w Sali Czerwonej, tym razem jednak w klasycznym ustawieniu publiczności i sceny, gdzie dostrzegamy dwa zestawy perkusyjne po przeciwnych stronach estrady. Na środku saksofon z elektroniką, skrajnie po lewej stronie kontrabas, a po skrajnie prawej gitara – akustyczna! W momencie rozpoczęcia koncertu znajdujemy się na proteście. Wyraźny rytm nadawany przez oba zestawy perkusyjne stwarza wrażenie tłumu maszerującego ulicami dużego miasta. Obaj perkusiści w trakcie koncertu grają niemal cały czas w idealnej synchronizacji, nieustannie na siebie patrząc i z precyzją chirurgów odwzorowując najdrobniejsze uderzenia, płynnie przechodząc przez zmiany rytmu, tempa, dynamiki. Niezwykle ciekawe są również ich dialogowane partie solowe zdające zazębiać się jak mechanizm zegara. Podobnie kontrabas pełni rytmiczną rolę, nawet z zastosowaniem pałki perkusyjnej do uderzania w struny. Elektroniczne części to odgłosy i nawoływania, do których dołącza saksofon tenorowy, ekspresyjny, momentami tak intensywny, jak gdyby chciał wykrzyczeć wszystkie żale świata. Z kolei gitara jest tu bardziej instrumentem rytmicznym, transowo powtarza ten sam akord przez kilka minut, łamiąc go po czasie częścią solową. Całość koncertu energetyzuje, zdaje się wzbudzać pewien rodzaj niepokoju i skupienia, jak gdyby publiczność obserwowała realną manifestację.

 

ZAMÓWIENIA KOMPOZYTORSKIE

Kompozycje szczególne, bo stworzone specjalnie na zamówienie Festiwalu, wykonywane są zazwyczaj tylko jeden raz (choć dzieło Immanuela Wilkinsa ukazało się już na nowojorskiej edycji Jazztopadu). Wyjątkowo interesująca jest współpraca polskich i zagranicznych artystów, nawiązywana właśnie dzięki takim projektom, dlatego też z dużym zaciekawieniem wyczekiwałam festiwalowych premier.

 

Fox on Hill

Wadada Leo Smith – trąbka; Jakob Bro – gitara; Midori Takada – marimba i inne instrumenty perkusyjne; Polish Cello Quartet: Krzysztof Karpeta, Wojciech Fudala, Adam Krzeszowiec, Tomasz Daroch – wiolonczele

Skomponowana przez Jakoba Bro kompozycja na trąbkę, perkusję, marimbę, gitarę i polski kwartet wiolonczelowy w 6 częściach, zaprasza słuchaczy w senną podróż po świecie wspomnień. Czerpiąc ze światowych tradycji muzycznych i duchowych, zespół płynnie wprowadza w pełne zadumy doświadczenie. Jak we śnie łączą się motywy i inspiracje, przywołując pamięć dawnych pokoleń i artystów. Bazę brzmieniową stanowi starannie skomponowana partia na niecodzienny skład czterech wiolonczel, a trąbka, gitara i marimba w indywidualnych i wspólnych improwizacjach dają wyraz żywej emocjonalności. Każda z części płynie tak, że momentami zastanawiam się, czy to oniryczny nastrój kompozycji, czy jednak rzeczywiście śpię.

 

Ethnic Cleansing – An American Tradition

Immanuel Wilkins – saksofon; Lutosławski Quartet: Roksana Kwaśnikowska – I skrzypce, Marcin Markowicz – II skrzypce, Artur Rozmysłowicz – altówka, Maciej Młodawski – wiolonczela

Wychodząc z założenia, że muzyka nie powstaje w próżni, w swoich kompozycjach Wilkins każdorazowo stara się poruszać określone problemy społeczne. Tak też projekt Ethnic Cleansing nawiązuje do powszechnych w Ameryce (ale nie tylko) czystek etnicznych. To jawny sprzeciw wobec wykluczania, masowych deportacji i przedmiotowego traktowania rozmaitych grup etnicznych, a także nawiązanie do wojny w Strefie Gazy.

Niezwykle złożona kompozycja na polski kwartet smyczkowy, wymagająca wysokiej precyzji i uważności wykonawczej, momentami kojarzy się bardziej z muzyką współczesną niż jazzem i muzyką improwizowaną. Improwizacja znajduje jednak miejsce w rozległym solo Wilkinsa wykonywanym bez reszty zespołu. Saksofonista korzysta tu ze znakomitych umiejętności technicznych, jazzowego języka oraz alternatywnych technik wydobycia dźwięku. Po kilkunastominutowym solowym akcie dołącza kwartet, wypełniając salę bogactwem harmonicznym i zmieniającymi się motywami melodycznymi. W moim odczuciu to jedna z tych kompozycji, gdzie muzyka jest doskonałym narzędziem wyrażania najtrudniejszych odczuć, niekoniecznie zaś twórczością przeznaczoną do słuchania w oderwaniu od kontekstu.

 

The Great Reset

Joanna Duda – fortepian, elektronika; Sunny Kim – wokal, elektronika; Helen Svoboda – kontrabas, wokal, elektronika

To jedno z najbardziej niekonwencjonalnych zamówień kompozytorskich, gdzie nie mamy do czynienia z zapisaną w nutach kompozycją. Stajemy przed twórczym spotkaniem bazującym na rozmowach i wnoszonych przez każdą z artystek pomysłach, egzekwowanych z pomocą rozmaitych narzędzi elektronicznych w połączeniu z fortepianem i głosem. Reset oznacza uwolnienie od wcześniejszego podejścia do muzyki, otwartość, ale i wiele subiektywnych, osobistych odczuć. Wykonanie, zresztą bardzo zaskakujące i nieprzewidywalne, wzbogacone zostało o element humorystyczny, gdy z licznych syntezatorów wybrzmiała nawet melodia znanej piosenki świątecznej. Opinie publiczności były skrajnie podzielone, co odbieram jako odbicie idei koncertu, podczas którego to nie spełnianie zewnętrznych wymogów i efekt końcowy są najważniejsze, ale eksploracja z dziecięcą niemal ciekawością tego, co dzieje się tu i teraz. Ten element resetu i twórczego uwolnienia zdecydowanie został wypełniony.

 

MLECZARNIA

Wychodząc z Narodowego Forum Muzyki kieruję się w stronę rynku. Po dziesięciu minutach spaceru staję u drewnianych drzwi Klubokawiarni Mleczarnia. Wypełniony starymi drewnianymi meblami, dekoracjami i ciepłym światłem starych lamp lokal po brzegi wypchany jest ludźmi. Do części koncertowej schodzimy jednak dalej, po krętych schodach do piwnicy, będącej równie klimatycznym, rustykalnym wnętrzem. Po zajęciu miejsca można udać się do baru, gdzie gości raczą nie tylko napoje, ale i rozmaite potrawy.

Podczas koncertu zespołu Nebbia, Banner, Baumgärtner (skład: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, James Banner – kontrabas, Mortiz Baumgärtner – perkusja), prezentującego najnowszy album Presencia, spotykamy się z trio bez instrumentu harmonicznego. Już od samego początku jego gra jest bardzo intensywna, a zapisane części tematów przedzielone są fragmentami kolektywnej improwizacji. Muzycy prezentują rozmaite alternatywne techniki wydobycia dźwięku, z czym spotykam się właściwie na każdym koncercie Jazztopadu. Camila korzysta z przedęć, alikwotów, alternatywnych palcowań, a także umieszcza w czarze saksofonu metalową rurę, piłkę, czy zatyka ją czymś na kształt gumowego tłumika, uzyskując różnorodne efekty dźwiękowe. Publiczność reaguje na koncert z zachwytem, nawet krytycy zdają się odbierać go jako wzór dla współczesnej sceny free jazzu. Po koncercie dowiaduję się od Camili, jak właściwie wygląda taki zapis nutowy do muzyki improwizowanej i jak osiąga choć w minimalnym stopniu powtarzalność tak, by utwory na scenie były zbliżone do tych na płycie. Moim oczom ukazuje się zapis pełen punktów stałych, centra harmoniczne, palcowania alikwotów. Brak jednak zapisu dźwięk po dźwięku tego, co będzie wykonywane, to raczej wskazówki pokazujące przejście do następnej części i zarysy melodii. Niezwykle interesujący zapis.

Skoro o nietypowościach mowa, warto wspomnieć o koncercie zespołu ÖNDER w iście zaskakującym składzie: Jort Terwijn – kontrabas, Federico Calcagno – klarnet basowy, Hristo Goleminov – klarnet basowy, Alessandro Mazzieri – gitara basowa, Nick Thessalonikefs – perkusja. Powiedzieć, że w zespole jest sporo basu, to jak nie powiedzieć nic! Poza znakomitą bazą niskich dźwięków niewątpliwym atutem jest bogactwo brzmienia zespołu, w którym wyższych rejestrów ani harmonii nie brakuje (w końcu skala klarnetu jest spora, a gitara basowa wzbogacona o efekty może pełnić zupełnie inną rolę niż kontrabas). Zespół złożony z artystów z rozmaitych zakątków świata łączy Amsterdam, którego echa można wyłapać we wspaniałych kompozycjach o skomplikowanych partiach, jak i momentach całkowicie swobodnej improwizacji. W polimetriach i linii basu dostrzec można inspiracje Peterem Eldhem, dużo więcej tu jednak swobody i ambientu.

 

Mleczarnia, fot. Weronika Kuś

 

IMPROV SESSION

Już sama nazwa kieruje uwagę na kluczowy element nocnych muzycznych spotkań w klubie Mleczarnia. To nie typowe dla jazzu jam session, a improv session, gdzie zamiast standardów jazzowych z solówkami, cała uwaga poświęcona zostaje improwizacji. Tu spotykają się wrocławscy (i nie tylko) muzycy, artyści festiwalu i publiczność z różnych zakątków świata. Co ciekawe, niemal do godziny 4 nad ranem klub pozostaje wypełniony po brzegi. Jak określają to muzycy, to jedyny tak wyczekiwany czas w roku. Zagrać chce każdy, stąd też do samego końca na scenie pojawiają się nowe twarze, a także te widziane wcześniej w mieszkaniach oraz na głównych koncertach w NFMie. Po raz kolejny dostrzegam tu społeczność, o której tak wiele mówią organizatorzy. Chętnie gra każdy z każdym, a różnorodność instrumentarium i kreatywność muzyków nie znają granic. Najbardziej ekscytuje mnie tu otwartość na doświadczenie – wchodząc na scenę nie ma planu, nie ma konkretnego utworu, pojawiają się zarysy melodii lub klimatu (zaczyna się głośno i intensywnie lub delikatnie, subtelnie), ale do samego końca nikt nie wie co się wydarzy. Dlatego każdy z aktów jest tu tak niezwykły, odkrywany w trakcie tworzenia, kierowany emocjami i twórczą intuicją. Nie trzeba się zastanawiać jaką zagrać skalę, czy nie tracimy tempa i nie wypadamy z formy. Tu największe nieadekwatności są najbardziej doceniane.

 

KONCERTY W MIESZKANIACH

Wchodzę niemal na samą górę po krętych schodach starej kamienicy. O lokalizacji koncertu dowiedziałam się dopiero kilka dni wcześniej, o artystach, którzy tam zagrają nadal nic nie wiem. Idąc na koncert dotrzymuję tajemnicy, nikt poza zapisanymi na listę osobami (a miejsca rozeszły się w kilka minut) nie wie o lokalizacji mieszkania. Podając przy wejściu moje nazwisko czuję, jakbym wchodziła do innego świata. Znajduję się teraz w zwyczajnym (ale dość sporym) wrocławskim mieszkaniu, które właściciel udostępnił na czas wydarzenia. Przy wejściu zostawiam płaszcz na wieszaku i wchodzę do zatłoczonego już pokoju dziennego z fortepianem. Na stole znajdują się rozmaite ciasta, kubki pełne kawy i herbaty, wino, przekąski. Jest jak na jednym z przyjęć u przyjaciół, gdzie jako muzycy organizujemy wspólne jam session. Tu jednak prawie nikt nikogo nie zna! Właściwie gdziekolwiek się obrócę widzę muzyków – tych miejscowych, ale i grających na koncertach w poprzednich dniach artystów z różnych zakątków świata. Co utwór zmieniają się konfiguracje grających improwizatorów, zmienia się też klimat i już zaczynam kojarzyć, czyj styl podoba mi się najbardziej, a gdzie jest już dla mnie zbyt intensywnie i głośno, co dla sporej części publiczności jest najbardziej ekscytującym momentem. Dobrą radą na przyszłość może być zadbanie o ochronę słuchu podczas takich wydarzeń. Stylistyka improwizacji w typowy dla niej sposób zmienia się jak płynąca fala (lub okazjonalnie wodospad na końcu urwiska), dlatego też pełna zaciekawienia uczestniczę w koncertach do samego końca. Podobnie zresztą inni słuchacze zajmujący rozmaite miejsca w pomieszczeniu: przy stole, na krzesłach, kanapach, podłodze, a nawet pod stołem i na antresoli. Po koncercie rozmawiam z muzykami, poznaję ich odczucia, doświadczenia, ulubione cechy muzyki improwizowanej. Połączonym wspólnym doświadczeniem gościom aż trudno opuścić kamienicę.

 

Sala Główna NFM

Charles Lloyd Sky Quartet: Charles Lloyd – saksofony, flet poprzeczny; Jason Moran – fortepian; Larry Grenadier – kontrabas; Kweku Sumbry – perkusja

To już ostatni koncert Jazztopadu, ten najbardziej uroczysty i jako jedyny (poza koncertem Davida Murraya) odbywający się na Sali Głównej w klasycznym jej układzie. Grono wybitnych amerykańskich instrumentalistów w doskonały sposób zakończyło festiwal prezentując materiał z albumu The Sky Will Still Be There Tomorrow. Niezmiennie fascynuje mnie gra już 80-letniego, znakomicie brzmiącego Charlesa Lloyda. Obok tradycyjnego bluesa prezentuje nowe obszary współczesnego jazzu, nie tracąc kreatywności i poczucia humoru. To prawdziwa uczta dla fanów jazzu, bo sporo tu jego tradycyjnych wymiarów. Tu w niezwykle stylowy sposób doświadczamy improwizacyjnego kunsztu. Znakomity element wizualizacji i pejzaży graficznych wspaniale wzbogaca już i tak wybitny koncert. Rozświetlona pięknem ruchomych rysunków i cudownych melodii publiczność przez kilka bisów nie zamierza wypuszczać artystów z pomieszczenia. To już koniec festiwalu, a z sali koncertowej pozostało mi jedynie wybiec, by zdążyć na ostatni pociąg jadący do Krakowa.

 

Charles Lloyd, fot. Weronika Kuś

WNIOSKI

Zastanawiając się, o co właściwie chodzi we współczesnej muzyce improwizowanej i jakie jest moje zdanie na jej temat, dochodzę do wniosku, że najważniejsza jest tu otwartość. Jeszcze przed festiwalem muzyka swobodnie improwizowana zdawała mi się zbiorem luźno połączonych melodii i pomysłów, rozlanych w eterze bez konkretnego rytmu czy tempa. To wrażenie impresjonistycznej wolności cieszyło mnie momentami swoim pięknem, ale przez brak części stałych nieczęsto zachęcało do powrotu. Z kolei intensywna, głośna, pełna żywej ekspresji i bezkompromisowych dysonansów strona jawiła mi się asłuchalną kakofonią, którą raczej można kogoś torturować niż zachwycać. Zdaje się jednak, że to nie konkretne elementy treściowe są najistotniejsze, a towarzyszące im emocje, odczucia ciągnące wykonawców w konkretnym kierunku. To uważność na innych muzyków, bycie tu i teraz, porzucenie wyuczonych schematów i oddanie się w ocean brzmień i możliwości, niejednokrotnie znajdujących odzwierciedlenie w alternatywnych technikach wydobycia dźwięku, zupełnie innych niż nakazuje tradycyjna gra na instrumencie. Swobodna improwizacja zdaje się stwarzać miejsce na wszystko to, na co nie ma przyzwolenia w innych obszarach muzyki. Choć w tradycyjnych nurtach czasem odważniejsi improwizatorzy wychodzą poza centra tonalne korzystając z dysonansów i nietypowych ciążeń, by dalej rozwiązać je w zaskakujący i niekonwencjonalny sposób, to jednak na alternatywne techniki wydobycia niejednokrotnie patrzy się jak na popisowy wyskok i raczej ciekawostkę, niż akceptowaną formę ekspresji. Muzyka improwizowana zdaje się miejscem, w którym nie istnieją zabiegi nieakceptowalne, a łamanie schematów i podążanie na przekór oczekiwaniom zdaje się jednym z celów nadrzędnych. Powtarzalne rytmy i motywy ułatwiają odbiór, w końcu nasze ucho lubi elementy stałe, które dają poczucie zrozumiałości i sensowności. Tu jednak nie zdarzają się one często i szybko porzuca się je na rzecz poszukiwania wolności. Z tego też względu niezaprzeczalnie nie jest to twórczość najłatwiejsza w odbiorze i nie zawsze jest przyjemna dla ucha (ale przecież nie zawsze ma taką być).

Mogłoby się wydawać, że skoro dążymy do wolności porzucając utarte schematy, każdy improwizowany utwór będzie brzmiał tak samo, po prostu jak zdezorganizowany chaos. Większe osłuchanie się ze sceną improwizowaną daje jednak możliwość lepszego zrozumienia jej twórców i to oni mają tutaj kluczowe znaczenie. Każdy z improwizatorów nabywa przez lata swój styl, ma swoją osobowość, preferencje, sposób wchodzenia w dialog, preferowaną w nim rolę. Przyglądając się wchodzącym na scenę w losowych konfiguracjach muzykom, można wstępnie próbować przewidzieć w jaki sposób będzie odbywała się improwizacja. Nigdy jednak przewidywania nie spełnią się całkowicie, a zazwyczaj adekwatny będzie jedynie ogólny klimat. To, co wydarzy się w czasie samej gry, pozostaje nieodkrytym, wręcz mistycznym obszarem. Wchodzące ze sobą w interakcje reakcje i odczucia tworzą niepowtarzalną konfigurację, której wynikiem jest unikatowe przeżywanie. Dlatego też jestem wdzięczna festiwalowi Jazztopad za pokazanie innego, niż znanego mi dotychczas muzycznego świata doświadczeń, do którego z podobną otwartością postanawiam powracać. Z całą pewnością Jazztopad jest festiwalem wyjątkowym.

 

Weronika Kuś
Jazzgot


Kontynuuj czytanie

Aktualnie gramy

Tytuł

Artysta

Background