Recenzja albumu Real Estate – ,,The Main Thing”

Piąty album amerykańskiego indie rockowego zespołu Real Estate jest ulotnym, 48-minutowym, ładnym szumem w tle. Przynajmniej przy pierwszym przesłuchaniu. Cała płyta utrzymana jest w jednakiej, melancholijnej konwencji, a wokalista wydaje się zdradzać tylko jedną emocję, nie wychodząc poza swoje ograniczone możliwości wokalne. Po pierwszym kontakcie wydawało się, że Real Estate stworzył nudny, jednak skutecznie pozbawiający odbiorcę świadomości kawałek muzyki, o której zapomni w ciągu tygodnia. To samo dotyczy zarówno trzynastu umieszczonych na płycie utworów, jak i ich aranżacji – jak tylko jeden numer kończył się, pozostawała po nim tylko pustka, ponieważ nie wiadomo było, czego właśnie przez ostatnie 4 minuty słuchaliśmy. Wszystko jednak zmienia się przy ponownym przesłuchaniu. Dosłownie znikąd po kilkudniowej nawet przerwie przypominasz sobie moment, w którym The Main Thing pojawiło się w Twoim odtwarzaczu, a poszczególne numery ukazują swoje bardzo głęboko ukryte smaczki i frazy. Przede wszystkim jednak okazuje się, że znajduje się na tym krążku dość wyrazisty światłocień, podkreślający delikatne, jednak skutecznie napisane utwory. 

Pod względem brzmieniowym od początku do końca The Main Thing jest dla mnie jednym z najbardziej miękkich albumów od dłuższego czasu. Ciepłe barwy instrumentów pozytywnie wpływają na relaksacyjny odbiór płyty. Mała ilość nagranych ścieżek w połączeniu z dream popowym, neo-psychodelicznym wykończeniem pozwala natomiast na wybrzmienie zarówno indywidualnych instrumentów, jak i całości. Taki wybór pozwala na wychwycenie w tle wielu cicho nagranych partii, które słyszalne są dopiero od wspomnianego drugiego przesłuchania. Co jakiś czas jednak wydaje się, że najlepsze aspekty poszczególnych utworów są zbyt schowane w produkcji, tak jakby świadomą decyzją w tym przypadku było nie podejmowanie żadnych ryzykownych decyzji. 

The Main Thing jest naprawdę dobrą płytą od początku do końca. Pomimo braku większego zróżnicowania stylu, jakość utworów wyklucza uczucie nudy, które powinno pojawić się w albumie o tak odtwórczych sekwencjach akordów – przykładowo, od razu słychać, że otwierający utwór Friday posługuje się graną już od wielu lat, popularną w indie rocku progresją, jednak brzmienie całości oraz delikatne zabawy z aranżacją pozwalają na czerpanie przyjemności z jego odbioru. Podsumowując, już to gdzieś słyszeliśmy (patrzę na ciebie, Tame Impala), jednak dzięki tej płycie z chęcią usłyszę to jeszcze raz.

Rekomendacja: Silna, zarówno jako muzyka w tle, jak i wymagający większego skupienia album

Ocena: 7/10

Posłuchaj: Friday, Shallow Sun

Tekst: Jakub Zając


Teraz gramy
TITLE
ARTIST

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!