Recenzja: Szum od Jetlagz

Autor - 9 grudnia 2019

Ten rok zdecydowanie należy do ekipy JWP. Warszawiacy wydali w tym roku 3 płyty: Black Book duetu Ero/Kosi, solówka Ero, Elvis Picasso oraz recenzowany właśnie Szum Jetlagz. Poprzednie dwa krążki zebrały w większości bardzo pozytywne opinie, a jak wypada trzecie wydawnictwo spod szyldu JWP?

Pierwsza płyta duetu Jetlagz, czyli Kosi/Łajzol, WSK8OFMND, została wydana prawie 2 lata wcześniej i z miejsca zdobyła uznanie zarówno słuchaczy, jak i recenzentów. Stało się tak z kilku różnych powodów: połączenie newschoolowych bitów z klasyczną nawijką, cięższa tematyka niż na pozostałych krążkach JWP i coś, na co chciałem zwrócić uwagę w dalszej części tekstu, czyli bardzo wyrównany poziom zwrotek obu raperów. Trzeba też docenić graficzną oprawę płyty, ponieważ klipy do numerów zrobiły niesamowitą robotę, a zwłaszcza ten w technologii motion capture do Roppongi Boys, nagrany przez Bartka Kalinowskiego. Jednym słowem, pierwszy album Jetlagz można określić jako innowację.

Niestety, w przypadku Szumu to słowo zdecydowanie traci na wartości. Na początek najważniejszy problem, czyli nierówność. Różnica pomiędzy poziomem nawijki jest tu gigantyczna, Kosi niestety ukrywa się w cieniu Łajzola, najlepszymi przykładami mogą być single promujące tę płytę. 32 smartfony czy Hrabia pokazują, że raper z JWP znalazł kilka naprawdę ciekawych pomysłów na swoje flow czy przyspieszenia i bardzo dobrze odnajduje się na nowoczesnych bitach. Kosi często wypada z bitu, jego nawijka jest monotonna i nużąca. Gdyby bronił się warstwą liryczną, to mógłby przykryć słabszą technikę, ale tutaj obaj stoją na podobnym poziomie.

Jeśli chodzi o gości, to kawałek z Gverillą nie został jeszcze wypuszczony. Ero wypadł całkiem nieźle, umiejętnie wpasowując się w klimat płyty, Wuzet niczym nie zaskoczył i prezentuje się raczej średnio, a jeśli chodzi o PRO8L3M, to Oskar ciekawie modyfikuje swoje flow i stoi na swoim stałym, wysokim poziomie. DJ Steez stworzył ciekawy bit, na którym wszyscy wypadają dobrze. Szkoda, że nie ma tu jeszcze jednego albo dwóch gości, ale na pierwszej płycie również nie było ich dużo. Słowem podsumowania, każdy feat wnosi coś ciekawego od siebie, ale żaden z nich nie jest dziełem przełomowym.

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to bity zdecydowanie są jedną z mocniejszych stron albumu. Mamy tu całe spektrum dźwięków, od takich, które można puszczać w klubach, do nadających się na love song, jak w 32 smartfony. Za ten krążek odpowiedzialna jest też dość duża ilość producentów, co w mojej opinii jest raczej plusem niż minusem, ponieważ słyszymy bardzo zróżnicowane podkłady i każdy może znaleźć coś dla siebie.

Przy okazji warto wspomnieć o oprawie graficznej. Jest to jak na razie pięć teledysków, a zapewne wyjdzie jeszcze jeden do kawałka z wersji deluxe albumu. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na klip do 32 smartfony. Ten utwór pojawia się w tej recenzji często, ponieważ uważam, że on najlepiej oddaje całą płytę. Klip ten ponownie nagrał Bartek Kalinowski. Jest nakręcony tą samą techniką, ale z nowymi efektami i pomysłami na jej wykorzystanie. Prezentuje się naprawdę okazale, i znajduje się w zdecydowanej czołówce tego roku. Klip do kawałka Mieć i nie mieć nagranego razem z PRO8L3Mem jest całkiem ciekawy, ponieważ został nagrany w całości na Kubie, gdzie oba składy udały się na wycieczkę. To naprawdę ładnie nakręcona pocztówka z wakacji, aczkolwiek nie ma tam wielu innowacyjnych pomysłów.

 

Płyta jako całość jest stosunkowo spójna. Wiele razy pojawia się motyw szumu jako raczej negatywnego zjawiska, i przejawia się na kilka sposobów, takich jak szum miasta czy informacyjny. Naprawdę dziwi mnie to, jak wypadł na tym krążku Kosi, bo przecież na ostatniej płycie lecieli bardzo równo. Również tegoroczny Black Book wyszedł bardzo dobrze i słuchało się go z przyjemnością. W tym roku wszyscy czekali na solówkę Ero, a ja po tej płycie mam nadzieję, że w przyszłym roku ukaże się solówka Łajzola, ponieważ wypadł kapitalnie, a i na poprzednich projektach również pokazywał się z bardzo dobrej strony. Jak dla mnie jest on w tym momencie najjaśniejszym punktem w ekipie JWP. 

Niestety, Szum nie sprostał oczekiwaniom, jakie postawiła pierwsza płyta. Na plus warstwa muzyczna i Łajzol, na minus niestety Kosi, i wydaje mi się, że sama promocja płyty też mogłaby być lepsza.

Ocena: 6,5/10

Tekst: Maciej Gałecki


Teraz gramy
TITLE
ARTIST

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!