Nick Cave oczarował warszawski Torwar

Wyprzedany – takie oznaczenie miał już od jakiegoś czasu koncert Nicka Cave’a i The Bad Seeds na warszawskim Torwarze. Bilety rozchodziły się bardzo szybko. 24 października 2017 roku, chwilę po 19:30 zaczął się spektakl, który zapadnie w pamięć na długo wszystkim, którzy go widzieli.

Tej trasy Nicka Cave’a mogłoby w zasadzie nie być. I nie zdziwilibyśmy się tym. Niesamowity album „Skeleton Tree” oraz towarzyszący mu film „One More Time with Feeling” były pokłosiem śmierci Arthura – syna artysty. Początkowa decyzja o niepromowaniu tej płyty trasą koncertową została zmieniona. Zasadne było jednak pytanie: jak wypadną na żywo utwory z tak bardzo naładowanego emocjami dzieła?

Na początek Cave zaserwował trzy kompozycje właśnie z niego – „Anthrocene”, „Jesus Alone”, „Magneto”. Odważny krok, biorąc pod uwagę, że nie jest to łatwa płyta. Album „Skeleton Tree” zabrzmiał tego wieczoru prawie w całości (zabrakło tylko „Rings of Saturn”). Słuchanie go w warunkach koncertowych jest do prawdy wyjątkowym i przejmującym przeżyciem. Utwory z zeszłorocznej płyty przeplatały się w podstawowym
secie z przekrojowym zestawem kompozycji z całej kariery Cave’a. Majestatyczne „Higgs Boson Blues”, „From Her To Eternity”, „Tupelo” i „The Mercy Seat”. „Jubliee Street” – rozpędzający się walec, jadący najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej aż do szaleńczej końcówki. Wariacki, agresywny „Red Right Hand”. Śpiewane przez publiczność „Into My Arms”. Zbilansowana setlista – od kameralnych, wyciszających utworów do tych
wręcz rozsadzających swoją energią. Wszystko w doskonale wyważonych proporcjach.

Nick we wrześniu skończył 60 lat, ale nie da się w to uwierzyć, patrząc na niego. Nie izoluje się od publiczności, a wręcz przeciwnie. Szalał od jednej do drugiej strony sceny, będąc dosłownie na wyciągnięcie ręki fanów. Gdyby Cave powiedział publiczności, że za chwilę pójdzie z nim na wojenny front, to ona by to zrobiła. Las rąk wędrujący w jego kierunku. Głównie od kobiet, bo Nick potrafi je zaczarować jak mało kto. A trzeba przy tym wspomnieć, że na koncercie byli nie tylko rówieśnicy artysty, ale też sporo, naprawdę sporo młodych ludzi. Z widowni – kwiaty trafiające do rąk artysty. Ze sceny – żarciki, takie jak na przykład zadedykowanie „Into My Arms” krzyczącej fance. A na scenie towarzyszący Cave’owi wspaniały zespół z szalejącym Warrenem Ellisem na czele.

Na bis Nick z załogą wykonali trzy utwory. To było ukoronowanie koncertu. Podczas „The Weeping Song” Cave wszedł w publiczność. Dosłownie.

Kilkadziesiąt osób z widowni zostało wpuszczonych na scenę i tam szalało wraz z Nickiem śpiewającym „Stagger Lee”. Pozostały na scenie na zamykający całość występu „Push The Sky Away”. Widok Cave’a przytulającego swoich fanów – rozwalający.

Trudno oddać w słowach to, co działo się tamtego październikowego wieczoru w Torwarze – niesamowitość i wyjątkowość tego dwuipółgodzinnego występu. Jestem pewien, że wiele osób dopisze go do listy „koncertów życia”. Na pewno zrobi to piszący te słowa. Bo to był spektakl, z którego obrazy zostaną w pamięci na zawsze. A wracanie do niego w myślach będzie wywoływać ciarki przez długi, długi czas.

Autor, zdjęcia: Marcin Knapik