Wysunę śmiałą tezę (bo i tak nikt mnie nie sprawdzi), że missclicki to obecnie najszybszy
i najskuteczniejszy sposób na to, żeby się ośmieszyć. Chociaż czasem poprawiają nam humor, zwykle dają raczej powód do tego, żeby zapaść się pod ziemię trzy metry wgłąb i nie wychodzić stamtąd aż do kolejnych wyborów.

Żeby nie było, że śmieję się tylko z innych. Sama też nieraz padłam ich ofiarą. Właściwie piszę ten tekst, mając w pamięci jeden z największych przypałów w moim życiu, którego przyczyną był oczywiście perfidny missclick. Szłam do szkoły. Była pewnie jakaś siódma rano, może później (nie oszukujmy się, punktualnie w szkole zjawiałam się raczej rzadko i niechętnie). Właśnie wyszłam z domu, kiedy na parapecie dostrzegłam kota. A ponieważ jestem istotą o wielkim sercu i jeszcze większej zdolności współodczuwania, postanowiłam zadzwonić do rodzicielki, żeby to poczciwe, niczemu niewinne zwierzę wpuściła do środka. No i zadzwoniłam… prosto do mojej polonistki. I co zrobiłam, kiedy zorientowałam się, z kim rozmawiam? Ja naprawdę nie wiem, co mną kierowało, ale zaczęłam tej biednej, zaspanej kobiecie rzetelnie wykładać codzienny grafik moich zwierząt. Po tej zajmującej rozmowie miałam ochotę zawrócić, usiąść obok kota na parapecie i nigdzie się stamtąd nie ruszać. Do szkoły doszłam wyłącznie dlatego, że dobry Bóg sprawił, że tego dnia nie miałam akurat polskiego. Swoją drogą, nauczycielka nigdy nie wróciła do tego tematu, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna.

Ale, żeby znowu nie było, że tym razem śmiejemy się tylko ze mnie, postanowiłam zebrać i opisać wam, moi drodzy, najbardziej niezręczne historie ofiar misscklisków. Zacznę od wpadki mojej rodzicielki (bo i tak już bezczelnie wciągnęłam ją w fabułę). Do kolegi Tadzika w SMS-ie zwróciła się z jakże piękną, podsuniętą jej przez słownik, apostrofą: trądziku. Innym razem, niczego nieświadoma, przez dobre 20 minut prowadziła relację na żywo na Instagramie. Swoją drogą, udało jej się zgromadzić całkiem liczną widownię pięciu osób – widzę tu materiał na influencerkę. Ale to, że pięcioro szczęśliwców słyszało jej niezwykle ekspresyjną rozmowę z przyjaciółką, nie jest gorsze od dwóch sytuacji związanych z pewnym mężczyzną.

Jego imię to Maciek (lat 26), ale roboczo nadam mu pseudonim Przyciągacz Wstydu. Mam nadzieję, że pozwolicie mi na takie drobne szaleństwo słowotwórcze…? Świetnie. Tak więc, podczas rozmowy z owym Przyciągaczem, Zuza (lat 19) doszła do wniosku, że człowieka tego „chyba nieźle pokręciło” (wybaczcie mi tę boomerską cenzurę, ale staram się być kulturalna). Oburzona rozmówczyni natychmiast zrobiła screena rozmowy, żeby wysłać go do koleżanek z dopiskiem „nieźle go pokręciło”. Jak możecie się domyślić, zdjęcie rozmowy trafiło prosto do Maćka…

W kolejną niezręczną sytuację Przyciągacz wpakował się sam. Pewnego dnia wysłał do Dominika (lat 20) dwie, niezwykle piękne fotografie przedstawiające jego samego w eleganckich koszulach. Zdezorientowany adresat domyślił się, że owe zdjęcia nie były raczej przeznczone dla niego, co od razu zakomunikował rozmówcy. Jakby komuś było mało, to Dominik, podobnie jak Zuza, tą niezwykle zabawną sytuacją postanawiał podzielić się z koleżanką. I – jak ponownie możecie się domyślić – screen rozmowy trafił prosto do Przyciągacza. Po drugiej historii autentycznie zaczęłam temu człowiekowi współczuć. Ale przegrał tu nie tylko Przyciągacz – również Dominikowi ten dzień boleśnie odcisnął się na psychice.

To się stało w poniedziałek, 29 kwietnia 2019r. o godzinie 20:24 – wspomina dotąd przerażony chłopak.

Przypadkowe wysłanie komuś zdjęcia to klasyczny, a jednocześnie jeden z bardziej zabójczych missclicków. Ale muszę przedstawić jeszcze jeden, szczególny przypadek ich występowania.  Myślę, że w dobie pandemii, spotkań online i e-learningów, nie sposób nie wspomnieć o związanych z nimi wpadkach.

Ostatnio miałem sytuację, że ćwiczeniowec zamiast dodać nas do konfy na zajęcia, to nas dodał do konfy pracowników katedry. 90 osób z kierunku i sami doktorzy. Dopiero jeden z tych doktorów zwrócił uwagę, że katedra złożona ze studentów to, co prawda, bardzo ciekawy pomysł, jednak lepiej chyba pozostać na razie w starym składzie.

– Jan (lat 21)

Na wykładach online zdarzają się różne niepożądane sytuacje. Jakiś czas temu, jeden student z mojego roku, chcąc zadać wykładowcy pytanie, zaczął mówić głosem zbliżonym do tych wiewiórek od Alvina (filmu, co prawda, nigdy nie widziałam, jednak dzięki zapobiegliwości twórców reklamy Media Expert, mam pewność, że to był właśnie taki głos). Najgorsze dla pytającego, a najlepsze dla jego słuchaczy, było to, że sam mówca nie był świadomy tej feralnej sytuacji. Przepraszał coś później na czacie, że on naprawdę nie wiedział, że nie ma pojęcia, jak to się stało… Jednak czasu poświęconego na duszenie się ze śmiechu już nigdy nie odzyskamy.

Mimo że misscliski mogą być nieraz naprawdę zabawne, większość zdrowych ludzi raczej ich unika. Ale nie Kasia (lat 20) – ta z nostalgią wspomina:

Jak byłam w podstawówce, to czasami się tak robiło, że się pisało do kogoś i się udawało, że się przez przypadek napisało. Po to, żeby zacząć rozmowę. A czasem udawałam, że to nie ja pisałam, tylko jakaś koleżanka.

Bardzo sprytna taktyka, nie sposób jej nie docenić. Podczas gdy cały świat unikał missclicków jak ognia, Kasia je generowała. 

Nie pytaj czemu, ja nie wiem, co ja miałam wtedy w głowie – doprecyzowuje Kasia – to w ogóle były czasy… Był ask.fm i można było zadawać pytania anonimowo – no cudnie! Szkoda, że teraz nie jest to już modne i żeby się czegoś o kimś dowiedzieć, to trzeba sobie wystalkować. Albo porozmawiać, ale to jeszcze trudniejsze… 

No tak, nastały ciężkie czasy – ludzi trzeba stalkować samodzielnie. Ale wierzę w was – dacie radę! Tymczasem trzymajcie się ciepło i uważajcie na missclicki!

Tekst: Gabriela Gryc


Czytaj dalej

Teraz gramy
TITLE
ARTIST

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!