Recenzja albumu: Ringo Deathstarr – ,,Ringo Deathstarr”

Shoegaze jest gatunkiem muzycznym, którego granice zostały wyraźnie wytyczone około 15-25 lat temu. Z tego względu wszystkie nowe grupy próbujące wejść do tego umieszczonego w spiżarni „rock alternatywny” kotła podpisanego „shoegaze” posługują się podobnymi wyróżnikami co inne, pokrewne im zespoły: ściana gitar, pogłosy, dużo efektów, rozmyte wokale jednocześnie z agresją post-punkową. Z tego względu, za każdym razem, kiedy pojawia się nowa płyta otagowana właśnie tym gatunkiem muzycznym, można sobie z pewnym marginesem błędu wyobrazić, jaki dźwięk będzie się na niej znajdował, a to, co pozwala wyróżnić się najlepszym grupom na tle konkurencji to jakość utworów oraz ciekawie i przede wszystkim skutecznie zaimplementowane wzorce shoegaze’owe. Ale zostawmy na chwilę rozmyślania na temat stanu, w jakim znajdują się poszczególne gatunki muzyki alternatywnej i przejdźmy do długo wyczekiwanej marcowej nowości – po pięciu latach ukazała się nowa płyta Ringo Deathstarr.

Czarno-biała okładka z ukrytą w tle nazwą zespołu pasuje do shoegaze’u oraz do brzmienia samego zespołu i wydaje się nie zapowiadać żadnej rewolucji brzmieniowej na poziomie „Kid A” Radiohead. Po odtworzeniu płyty okazuje się, że niczego nowego tutaj nie usłyszymy – to to samo co zwykle, na dodatek stroniące od nowoczesnego brzmienia z dodatkiem elektroniki, często spotykanego w ostatnich latach w szeroko rozumianym dream popie. Od razu słychać, że nowa płyta Ringo chce brzmieć, jakby wyszła w pierwszej połowie lat 90-tych. Zapowiada się nudno, ale nie jest – każdy utwór pomimo swojej odtwórczości brzmi niespodziewanie świeżo, przynajmniej przez pierwszą połowę płyty. 

Po kilku utworach słychać dwa główne źródła inspiracji dla Ringo Deathstarr – My Bloody Valentine i Lush (no jeszcze może z małym dodatkiem Swervedriver). Pod tym względem omawiany zespół nie wydaje się mieć za grosz oryginalności, jednak same inspiracje schodzą na dalszy plan z bardzo prostego powodu – te numery po prostu żyją i angażują. Połączenie tych wspomnianych klasyków gatunku doprowadza do powstania przyjemnego kontrastu na płaszczyźnie wokalu – mamy tutaj wokal męski, przypominający prostotę Kevina Shieldsa oraz damski, uderzająco przypominający duet wokalistek z Lush i przede wszystkim Blushing, z którym Ringo Deathstarr w tamtym roku odbyło wspólną trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych. Dzięki temu uderzani jesteśmy na zmianę skutecznym męskim przekazem w przypadku utworów mocniejszych i rozpływającą się, damską polifoniczną błogością utworów spokojniejszych i bardziej polegających na pogłosach. Mimo wszystko ta nowa płyta nie wnosi nic świeżego do historii gatunku, jednak bazując na nim pozwala nacieszyć się świetnymi, cieszącymi „alternatywkowe” ucho numerami, które już gdzieś można było usłyszeć. Może z wyjątkiem odrobinę niepasującego do całości „Cotton Candy Clouds” i faktu, że mamy tu do czynienia z dwiema, może nawet trzema piosenkami zamykającymi płytę, jest to bardzo równy zbiór alternatywnych utworów.

Ringo Deathstarr bardzo skutecznie określił grono swoich słuchaczy – swoich fanów, typowych odbiorców shoegaze’u i niezbyt mocnego rocka alternatywnego. Nie wydaje się, żeby zespół miał rozwinąć dzięki tej płycie skrzydła, ponieważ nie każdy przyswaja taką muzykę na dłuższą chwilę. Pod żadnym względem nie jest to album atrakcyjny z komercyjnego punktu widzenia, on po prostu jest jaki jest i za to trzeba go szanować. 

Ocena: 7/10 (UWAGA! Z perspektywy fana gatunku!)

Rekomendacja: tylko dla „alternatywek”

Posłuchaj: God Help the Ones You Love, Once Upon a Freak, In Your Arms

Tekst: Jakub Zając


Czytaj dalej

Teraz gramy
TITLE
ARTIST

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!