Kraviklyre, wikingowie i wykład. Czyli Einar Selvik w Krakowie.

Zacznijmy może od początku. Na ponowny przyjazd norweskiego barda czekaliśmy od listopada ubiegłego roku. Cztery miesiące upłynęły od występu Kvitrafn’a z grupą Wardruna. Tylko cztery czy może aż cztery miesiące? Po reakcji publiki i po jej wielkości myślę, że trzeba powiedzieć aż!

Teatr „Łaźnia Nowa” zapełnił się bardzo szybko. Już przed supportem była praktycznie cała sala. Publika wrzała z niecierpliwości. Nawet słabo działająca klimatyzacja nie zniechęcała fanów. Myślę, że warto przyjrzeć się tym właśnie fanom. Wysocy i postawni, długowłosi mężczyźni. Piękne kobiety w długich sukniach. Wszyscy niczym wyciągnięci z serialu „Wikingowie”. Wytatuowani, często obwieszeni amuletami nordyckimi. Zorientowani, dlaczego tu są i dla kogo. Dla Einara Selvika oraz gości specjalnych The Moon and the Nightspirit.

Oczywiście członkowie The Moon and the Nightspirit doskonale wpisali się w konwencję wydarzenia. Tajemniczy, ekscentryczni i wręcz egzaltowani w zachowaniu na scenie. Jednak w niczym to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. W centrum uwagi była muzyka. Muzyka hipnotyzująca, mistyczna i niemal sakralna. Oczywiście w sposób, jaki rozumieli to poganie i rozumieją. Wprowadzony nastrój spodobał się publice. Już po pierwszym utworze można było zauważyć, że organizatorzy trafili w dziesiątkę. Publika zachwycała się delikatnym wokalem Ágnes Tóth, miarowymi bębnami Gábora Végh’a i pulsującym basem Gergely Cseh’a. Z każdym kolejnym utworem brawa były coraz głośniejsze. Grupa z Węgier spokojnie może uznać ten występ za udany.

Zresztą posłuchajcie sami:

Powrót do przeszłości

Einar Selvik to artysta, który jest w stanie przenieść słuchaczy do czasów dziewiątego, a nawet siódmego czy szóstego wieku naszej ery. Robił to na trzech wydanych albumach z Wardruną i zrobił to również piątego marca.

Tylko on. Jego głos przeszywający ciszę i nostalgiczne dźwięki liry. Byłem na wielu koncertach, lecz nigdy wcześniej nie dostrzegłem tak dużego skupienia publiki i takiego uwielbienia jak to wobec Einara. Jednak nie można stwierdzić, że muzyk na to nie zasługiwał. Nie, nie mogę, gdyż sam wpadłem w ten trans i klimat występu tak skutecznie nakreślony przez barda. Przeniósł nas wszystkich do czasów, z których pochodzą te pradawne historie. Opowiadające o postaci Ragnara Lodbroka czy runach.

Bard pomiędzy utworami zwracał się do publiki. Mówił o swojej muzyce i o inspiracjach. Tłumaczył publice kontekst i tło historyczne poszczególnych kompozycji. Opowiadał również o instrumentach, z którymi występował między innymi talharpie (instrument przypominający lirę) czy kraviklyre (lira siedmio strunowa). Te małe lekcje historii są czymś ekskluzywnym dla trasy solowej Einara. Podczas występów z Wardruną tego nie doświadczymy. Jak również nie doświadczymy możliwości spotkania się z kompozytorem po występie. W „Łaźni Nowej” po koncercie była taka możliwość i dziesiątki osób z niej skorzystały. Myślę, że po tym występie entuzjaści muzyka jakoś dotrwają do występu Wardruny, który obiecywał „Kvitrafn” zadowolony z tego, jak został przyjęty.

Na zakończenie zapraszam do posłuchania fragmentu utworu „Fehu”.


Tekst, zdjęcia, dźwięki – Marcin Jagieła