Kompozytor dźwięku i słowa – muzyczne życie Jarosława Iwaszkiewicza

Autor - 14 maja 2020

„Ludzie niemuzykalni nawet nie wyobrażają sobie, jak dużo i jak rozmaicie można mówić o muzyce. Ile rozmaitych odcieni i spraw kryje się w odczuwaniach muzycznych, jak ten wielki temat poszerza nasze rozumienie życia, jak wzbogaca treść codziennego dnia.”

Jarosław Iwaszkiewicz, „Opowiadania muzyczne” 

Niełatwo wskazać polskiego pisarza, którego życie, od najdawniejszych lat, związane byłoby tak silnie z muzyką, jak Jarosława Iwaszkiewicza. Poeta-muzyk, muzyk-poeta, komponujący zarówno słowem jak i dźwiękiem wniósł swoją twórczością do literatury „muzyczność” godną Juliusza Słowackiego czy Cypriana Kamila Norwida*. „[R]ozmaite funkcje przez muzykę pełnione bądź w jego prozie, bądź w poezji [są], tak bogate, że pozwalają uznać ją za jeden z poważniejszych elementów artystycznej konstrukcji i nośnika wielu utajonych idei i symboli.” (J. Skarbowski). Świat przedstawiony Iwaszkiewiczowskich utworów wypełniają artyści, artystki, instrumentaliści, instrumentalistki, melomani, melomanki, kompozytorzy, kompozytorki, nauczyciele i nauczycielki. Rozmawiają oni między sobą o muzyce, próbują ją definiować, opisywać, określić jej cel i rolę w ludzkiej egzystencji. Pojawia się w tych konwersacjach odpowiednia terminologia muzyczna: słownictwo, określenia, metaforyka. Teksty pisarza nabierają dzięki temu, jak to przyznał kiedyś Karol Szymanowski, waloru „muzyki wewnętrznej”. „Iwaszkiewicz pisząc myśli o muzyce, muzyka kieruje jego wyobraźnią, muzyką drga najdrobniejszy fibr jego osobowości”. (J. Skarbowski). „[E]kspresja muzyczna i odbiór muzyki […]” należały według niego „do najbardziej elementarnych i najważniejszych sposobów komunikowania się człowieka ze światem i innymi ludźmi […]” (G. Piotrowski). Nie wyobrażał on sobie bez niej życia, była „uczuciem pozbawionym elementu chłodnej, wyrachowanej kalkulacji.” (G. Piotrowski). Miłość do muzyki równała się bezinteresownej potrzebie serca i umysłu. W muzycznym świecie czuł się najlepiej (G. Piotrowski). Muzyka była dla niego bytem idealnym, stanowiącym „grę czystych cyfr”. Uznana została przez Iwaszkiewicza za „boską wskazówkę porządku” . Nigdy nie odkryła przed nim swojej tajemnicy, jednak wypełniała jego życie i twórczość w sposób najpełniejszy. Była dla niego „złotym kluczem”. Alfą, Omegą i wszystkim pomiędzy. Przedłużeniem i dopełnieniem „muzycznego życia” stała się dla niego literatura. (G. Piotrowski)

Te wszystkie przemyślenia Jarosława Iwaszkiewicza, a także jego „muzyczne” dzieła mogłyby nigdy nie powstać, gdyby jednego pamiętnego dnia, jako kilkulatek, nie porzucił swoich zabawek, żeby podejść do fortepianu, na którym jego matka Maria wykonywała wówczas dwa mazurki, dwa walce: fis- moll i c-moll oraz poloneza najsłynniejszego polskiego pianisty i kompozytora Fryderyka Chopina, jednego z najbardziej cenionych i umiłowanych przez pisarza muzyków. 

„Od najdawniejszych lat towarzyszy mi wierna i serdeczna przyjaciółka, bez której nie mogę sobie wyobrazić przebiegu mojego życia: to muzyka.”

– Jarosław Iwaszkiewicz, „Dziedzictwo Chopina i szkice muzyczne”

Młody Jarosław Iwaszkiewicz dorastał w „muzycznej” atmosferze w Kalniku, skąd pochodził. Podkreślał, że „[j]eszcze przed znajomością alfabetu i literatury, w rodzinnym domu […] przekazano mu znajomość idiomu muzyki […]” (R. Romaniuk). W grę na fortepianie został wtajemniczony przez matkę. Tenże instrument nie tylko rozpoczął miłość późniejszego pisarza do muzyki, ale do końca jego życia stanowił jeden z ważniejszych symboli w jego „umuzycznionej” twórczości. Nie pełnił on funkcji dekoracji i ozdoby, co niestety miało miejsce w wielu domach, a stanowił dopełnienie centrum życia rodzinnego (J. Iwaszkiewicz). Jako kilkulatek podchodził często do fortepianu i uderzał niewinnie w klawisze. Nie znał jeszcze zapisu nutowego, więc improwizował „różne burze, kołomyjki i inne tańce”. Zasłuchiwał się w utworach granych przez Marię Iwaszkiewicz. Zdarzyło się raz, że pomylił Godarda z Chopinem, „Cóż ty sobie myślisz, że to jest Chopin? To jest Chopin!” i  oburzona wykonała trzy Chopinowskie walce, kompozycje stanowiące jedne z jego najwcześniejszych muzycznych wspomnień. Jeden z granych przez matkę mazurków („Mazurek gis-moll op. 33”) przenosi poetę do tegoż czasu dzieciństwa, gdy kilkanaście lat później spaceruje z żoną Anną po szwajcarskim Champèry. W jednym z mijanych domów, gdzieś na końcu miasteczka, rozbrzmiewają te pamiętne mazurkowe dźwięki. Dźwięki, które „grała mama”. Wzruszony Iwaszkiewicz zatrzymuje się, ujmuje żonę za rękę. Chwila obecna połączyła się w jego pamięci ze wspomnieniem grającej ten utwór matki: „jak gdyby nie było pomiędzy nimi lat, gór, wieczorów, koncertów, jakby nie było miłości… i śmierci” (J. Iwaszkiewicz). 

Zdjęcia z Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku. 

Pierwszy występ Jarosława Iwaszkiewicza jako pianisty odbył się w małym saloniku w rodzinnym domu. Zagrał dwie pierwsze sztuczki ze szkoły Leberta i Starka na cztery ręce z okazji urodzin ojca. Matka głośno liczyła miary, a on nie omylił się ani razu. Po śmierci Bolesława Iwaszkiewicza wyjechał z nią do Warszawy, zaprzestając (prawdopodobnie na czas żałoby) gry na instrumencie. W tym okresie zaczął być stałym bywalcem filharmonii. „Do Filharmonii Warszawskiej zacząłem chodzić wcześnie. Bawiły mnie wówczas jeszcze bardziej żyrandole zwisające z sufitu niż muzyka; a kiedy orkiestra zaczynała stroić swoje instrumenty, pytałem natarczywie mojej matki: <Mamo, czy to oni już grają?>(J. Iwaszkiewicz). Gdy w wieku dwunastu lat trafił do Elizawetgardu, zdecydował się powrócić do systematycznych lekcji fortepianu, które pobierał w szkole prywatnej Gustawa i Marty Neuhausów (W latach 1906-1909, notował czasem w „Dziennikach” swoje wspomnienia z początków muzycznej edukacji, skrupulatnie zapisując, co grał na egzaminach). Przez cztery lata uczył się w kijowskiej szkole Marii Diomidi. Prezentował się tam nie tylko na muzycznych zaliczeniach, ale i różnego rodzaju popisach. W 1914 został przyjęty do Konserwatorium w Kijowie, gdzie uczył się wirtuozerii od Borysa Kamczatowa. Grywał nie tylko na szkolnych egzaminach czy audycjach muzycznych. „W  moich utworach literackich nie raz są opisane koncerty i występy koncertowe. Opisywałem je podług własnych przeżyć – ponieważ nie raz występowałem na estradzie w charakterze wirtuoza czy akompaniatora i przeżywałem związane z tym emocje” (J. Iwaszkiewicz). Za swój największy triumf pianistyczny uznawał odegranie „Koncertu c-moll” Beethovena na wieczorku swojej kijowskiej nauczycielki muzyki. „Miałem szesnaście lat, kochałem się (może jedyny raz w życiu?), marzyłem o karierze pianisty. Tego wieczoru czułem się przeniesiony w jakieś niebosiężne rejony. Zagrałem […] ponad swoje zwykłe możliwości. Raz tylko w życiu – właśnie wtedy – doznałem tej olbrzymiej radości, jaką doznaje odtwórca zespolony bez reszty ze wspaniałym dziełem muzycznej sztuki” (J. Iwaszkiewicz). Jako gimnazjalista rozważał poważnie karierę muzyczną, uważając swoją osobę za kandydata na muzyka. Tę ścieżkę rozpoczął od komponowania melodii do słów z „Księgi dżungli” Rudyarda Kiplinga, stworzenia poematu na dwa fortepiany i „Sonaty f-moll”. Wspólnie z dwoma kolegami, Borysem Pietrowskim i Kolą Niedźwiedzkim podjął się próby napisania fragmentu opery. Łącznie dostępne jest trzynaście rękopisów utworów poety-muzyka, ukończonych lub prawie ukończonych oraz szkice nutowe. Wszystkie one stanowią wyraz młodzieńczych poszukiwań i buntów (A. Matracka – Kościelny), gdyż nie mógł się pogodzić z ograniczeniami jakie nań kładły zasady muzyki: „Moje wykształcenie muzyczne miało wielkie mankamenty, a jednocześnie po prostu nie chciałem się uczyć – tak mnie szalenie oburzały i zniechęcały wszelkiego rodzaju prawidła muzyczne i konieczność podporządkowania się jakimś stałym rygorom i regułom. Nauka harmonii miała we mnie stałego buntownika i na wykładach wściekałem się na każde „nie wolno” albo „lepiej jest unikać”.

Nie to jednak sprawiło, że odrzucił on komponowanie. Do zwrotu młodego Iwaszkiewicza ku literaturze przyczynił się jego daleki krewny, Karol Szymanowski. W „Mojej lekcji kompozycji u Szymanowskiego” pisarz wspomina dzień, w którym to schował na dnie szuflady papier nutowy i wszystkie nieudane kompozycje. Pewnego dnia poprosił Szymanowskiego o ocenę stworzonych przez niego kompozycji. Nie był pewny swojej życiowej drogi, a zdanie swojego bliskiego przyjaciela cenił sobie najbardziej.  Wybrał pieśni do słów Kiplinga, poemat na dwa fortepiany i sonatę fortepianową. Późniejszy słynny polski kompozytor i pianista tak skomentował oba dzieła: „Mój drogi, z tego, co ty mi przyniosłeś, nie mogę się w niczym zorientować. Zastanów się, czy to nie jest tak jak u Nietzschego, że po prostu chcesz się wypowiedzieć, a to, że się chcesz wypowiedzieć w muzyce jest pomyłką […]”. Szymanowski uznał wówczas za bardzo dobry jedynie pasaż, będący przejściem od „Larga” do „Fugi” w sonacie. Żeby jednak ostatecznie zweryfikować umiejętności przyjaciela, zlecił wypełnienie „tematu”. Zadanie miało charakter typowego przykładu z zajęć harmonii, które wykonuje się w szkołach dla ćwiczenia pisania zgodnie z zasadami obowiązującymi w konstrukcji utworów muzycznych. „Na tym skończyła się moja jedyna lekcja kompozycji u Karola Szymanowskiego. Bardzo rozczarowany wróciłem do domu i nigdy więcej nie komponowałem. Oczywiście, że zadanego mi „schematu” nigdy nie wypełniłem. Przechował się u mnie na dnie szuflady. Natomiast mój pasaż w parę lat po tym (1918) odnalazłem ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w „Nuzykai” Szymanowskiego…”**.

Ostateczną swoją decyzję o wyborze drogi pisarskiej skomentował słowami: „Muzyka jest dla mnie najważniejszą ze sztuk. Nie czułbym się godnym być kompozytorem, pianistą czy dyrygentem, być interpretatorem wielkiej sztuki. Jako pisarz interpretuję tylko sam siebie…”. Nie wyobrażał sobie bowiem życia bez niej, i chociaż formalnie nie zrobił nigdy muzycznej kariery, swoje zainteresowanie nieustannie koncentrował wokół problematyki i atmosfery „czysto muzycznej”. Organizował dla swoich córek prywatne koncerty w Stawisku. Swego czasu miejsce to wypełniali muzykalni goście-rezydenci. Zainicjował w 1942 roku tajne wykłady dla młodzieży o poezji i muzyce. Spędził wiele wieczorów w ukochanej Filharmonii Warszawskiej. Zagrał łącznie pewnie setki kompozycji. Prawdopodobnie przesłuchał ze wzruszeniem i uwagą dziesiątki tysięcy utworów, na temat których napisał szereg szkiców krytycznych oraz recenzji muzycznych.

Z upływem lat, gdy jego stan zdrowia zaczął się pogarszać wieczorami słuchał z żoną radia. Jeśli nigdzie się nie wybierał, siadał przy instrumencie i „przegrywał” sobie utwory. Długo walczył o utworzenie „pokoju muzycznego” w swoim domu, gdyż pomysł ten został uznany za zwykły kaprys. Ostatecznie kilka miesięcy przed śmiercią przeprowadził się do jednopokojowego mieszkania – „umieralni”, w którym zebrał swoją płytotekę i dzieła z biblioteki muzycznej. „Płyty i książki o muzyce okazały się tym, co w ostatnich latach chciał mieć pod ręką” (R. Romaniuk). Potrafił z niewyobrażalną wrażliwością przeżywać muzykę. Któregoś razu pisarka i tłumaczka Irena Szymańska zastała siedzącego samemu w pokoju zapłakanego Jarosława Iwaszkiewicza słuchającego Gustawa Mahlera. Gdy zapytała go, czy to wzruszenie, machnął ręką i powiedział, że to tylko starość czyni go sentymentalnym. „Muzyka w jego życiu była po stronie afirmacji i akceptacji świata, również w jego przerażającym wymiarze. Najgłębiej ze sztuk pięknych związana z istotą czasu, wykorzystująca czas jako jeden ze współczynników twórczych, przypomina o dialektyce czasu, polegającej na stwarzaniu i odbieraniu. Zarówno chwili ekstazy, jak i chwili cierpienia muzyka mówi: przeminiesz” (R. Romaniuk).

Tekst: Julia Mikzińska

* Więcej na ten temat pisałam tutaj: http://ujot.fm/jak-muzyka-laczy-sie-ze-slowem-a-slowo-z-muzyka/

** Mimo to, powrócił po jakimś czasie na krótko do swoich kompozycji, poprawił je nieznacznie, kończąc jednocześnie swoją edukację muzyczną w klasie ukraińskiego pianisty i kompozytora Mikołaja Tutkowskiego. Ostatnimi utworami stworzonymi przez poetę były miniatura fortepianowa „Minuetto” i kołysanka skomponowana dla lalki jego córki kilkanaście lat później.

BIBLIOGRAFIA

    1. Matracka-Kościelny A., Od Menueta i Sarabandy do Mapy pogody, [w:] „Ruch Muzyczny”, 1990/15.
    2. Reimann A., Podsłuchać muzyczny motyw. O cyklu muzyczno-poetyckim na przykładzie Muzyki wieczorem Jarosława Iwaszkiewicza.
    3. Dziedzictwo Chopina i szkice muzyczne, praca zbiorowa pod red. K. Piwowarskiego, Warszawa 2010.
    4. Boniecki E., Jak pisać o Chopinie? Wokół kontrowersji Szymanowski – Iwaszkiewicz, [w:] „Ruch Literacki”, 1991/6.
    5. Tyszecka-Grygorowicz E., Muzyka w prozie narracyjnej Marcela Prousta, Tomasza Manna i Jarosława Iwaszkiewicza, Łódź 1995.
    6. Piotrowski G., Fortepian ze Sławska. Muzyka w prozie fabularnej Jarosława Iwaszkiewicza, Toruń 2010.
    7. Czarnecki J., Zawsze myślałem o tym, że Jakub walcząc z aniołem doznawał najwyższej przyjemności, „Ruch Muzyczny”, 2016/12.
    8. Skarbowski J., Literatura-muzyka, zbliżenia i dialogi, Warszawa 1981.
    9. Fert J. F., Dom pełen poezji i melancholii, [w:] „Akcent”, 2017/2.
    10. Muzyka w literaturze. Antologia polskich studiów powojennych, praca zbiorowa pod red. A. Hejmeja, Kraków 2002.
    11. Łuszczykiewicz P., Wobec Iwaszkiewicza (próba osobista), [w:] „Twórczość”, 1992/2. 
    12. Mitzner P., Iwaszkiewicz i definicja muzyki, [w:] „Ruch Muzyczny”, 2003/6. 

Teraz gramy
TITLE
ARTIST

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!