Fajne, ale co to właściwie było?

Autor - 1 kwietnia 2020

Recenzja płyty The Garden – Kiss My Super Bowl Ring

To będzie łatwe – w internecie można przeczytać o nich „art-punk”. Ta, jasne… art-punk to będzie noise i tyle. No i wszystko okazało się prawdą – Pavement, Nirvana, Swans, trochę cięższego grania i tyle. Dobra, jakoś to będzie, byle do przodu. Mhm, do trzeciego numeru: beat The Prodigy? Tego ciężko było się spodziewać. Ciekawe co będzie dalej? Dubstep i trap… Dobra, podsumujmy…

Kiss My Super Bowl Ring grupy The Garden jest fantastycznie zróżnicowaną płytą. Znajduje się tutaj dosłownie wszystko, co zostało wcześniej wymienione, ale, co ważniejsze, przy drugim przesłuchaniu okazuje się, że te 11 utworów same w sobie jest zmiennych na poziomie zaawansowania całości. Wszystko pod względem muzycznym ma tutaj drugie dno i zaaranżowane zostało z precyzją. Słychać, że odpowiedzialny za ten album duet lubuje się w różnych rodzajach muzyki i łamie konwencje w niespodziewany, jednak zachwycająco chwytliwy sposób. Każdy znajdujący się tutaj numer ma naleciałość z jakiegoś obcego gatunku muzycznego – jakiś flet pozornie nie pasuje, ktoś zaczyna rapować, a tamta gitara to na pewno grana jest ze stratosfery. Od ilości małych smaczków może rozboleć głowa, ale nic takiego się nie dzieje ze względu na to, że podstawą tej płyty są po prostu świetne, chwytliwe utwory. Poza tym możliwe, że głowa po prostu nie ma kiedy zacząć boleć – Kiss My Super Bowl Ring trwa tylko 35 minut, co w normalnym wypadku mogłoby zostać uznane za minus, jednak przy tak gęsto występujących zaskakujących pomysłach całość jest niespodziewanie satysfakcjonująca. Przekaz muzyki oraz przede wszystkim tekstu jest wybuchem ironicznej agresji na cały otaczający świat, z podkreśleniem pewnych określonych rodzajów osób. Co najlepsze jednak, The Garden nie boi się przestać krzyczeć, pozwalając podbudować napięcie. Dzięki temu ośmieszone zostają takie zeszłoroczne płyty jak Sonic Citadel zespołu Lightning Bolt, gdzie nie było chwili wytchnienia po nieskończonym hałasie. Tekstowo ilość zawartych tutaj przekleństw przywodzi na myśl Freda Dursta z Limp Bizkit, jednak jest jedna różnica pomiędzy nim, a Kiss My Super Bowl Ring – tutaj przekleństwa i krzyk coś znaczą. 

Brzmieniowo ten krążek jest monstrualnie brzmiącym połączeniem muzyki gitarowej i elektronicznej. Wydaje się być wyprodukowany przez dwóch nieustannie kłócących się ze sobą producentów, których pracę później zmiksował jeden „producent naczelny”, zapewniając albumowi niebywale spójne brzmienie pomimo całego tego chaosu. Całość brzmi potężnie, ale przejrzyście, czyli tak jak powinno. Nic więcej tak naprawdę nie trzeba tutaj pisać, ponieważ niektórych rzeczy nie da się opisać.

The Garden stworzył psychicznie niezrównoważony, sarkastyczny album będący połączeniem emocji oraz niespodziewanej chwytliwości. Każda dobra płyta powinna nie znudzić słuchacza, ale też na końcu być satysfakcjonująca po jej przesłuchaniu oraz rozpalić nadzieję na to, co nadejdzie następne. Kiss My Super Bowl Ring robi to wszystko naraz i po tych świetnych 35 minutach aż się żałuje, że nie było tu tych 10 minut więcej. Tylko skąd ta nazwa art-punk? Czy wszystko dzisiaj musi mieć swój gatunek muzyczny?

Rekomendacja: T.A.K.

Ocena: 8/10, nie szarżujmy, chociaż chciałoby się więcej

Posłuchaj: CAŁOŚĆ – od początku do końca

Tekst: Jakub Zając


Teraz gramy
TITLE
ARTIST

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!