Co do tego wszystkiego ma jazz?

Autor - 22 marca 2020

Kwarantanna. Zamknięte uczelnie. Szczepan Twardoch wzywa o wyrozumiałość wobec traumy klasy ludowej, wychodzącej na jaw w sklepach po całej Polsce. Hashtagi zyskują wymiar odpowiedzialności społecznej. Liderzy opinii czują się zobligowani do przedstawienia swoich pomysłów na wolny czas, a media lifestylowe przekształcają się w machiny produkujące listy what to do. Medal ma zawsze dwie strony, a więc gdy na jednej znajduje się pandemia, to na drugiej można dostrzec, chociażby, wzrost czytelnictwa.

Prawie pół roku temu literackiego Nobla za 2018 roku przyznano Oldze Tokarczuk. Wtedy dominował, oczywiście, zinterioryzowany kontekst polityczny, domagający się embargo na pozostałe formy refleksji. Trzeba przyznać, że zbyt często wskakujemy w szkalowanie mediów publicznych, przy tym snując analogie do wszelakich dystopijnych powieści. Lecz, o dziwo, uwolniłem się od tego, co Nietzsche określiłby mianem moralności niewolników – moją uwagę przyciągnął kolejny epizod adoracji magicznego realizmu przez Akademię Szwedzką. Natomiast chciałbym wspomnieć nie o przykładach tej miłości, lecz o pisarzu, konsekwentnie omijanym przez tę instytucję. I co do tego wszystkiego ma jazz.

Nie w tak odległej przeszłości gorliwie śledziłem każdą ceremonię najważniejszej nagrody w świecie literatury. Natomiast literackim uniwersum, jako tako, nie za bardzo się interesowałem. Paradoks? Nie sądzę. Krytyczne myślenie za każdym razem kapitulowało w walce z dość pospolitym faworyzowaniem swoich autorytetów. W moim przypadku proces dojrzewania psychicznego umieścił na tronie miłośnika biegania, najbardziej-nie-japońskiego japońskiego pisarza i kolekcjonera płyt winylowych – Haruki Murakami. 

Niezależnie od tego, czy chodzi o muzykę, czy o literaturę piękną, najbardziej podstawową rzeczą jest rytm. Twój styl musi mieć dobry, naturalny, niezachwiany rytm, w przeciwnym razie ludzie nie będą czytać twoich prac. Znaczenia rytmu nauczyłem się dzięki muzyce – a przede wszystkim dzięki jazzowi.

Haruki Murakami, Jazz Messenger, esej dla ,,New York Times”.

1964 rok. Kobe, Japonia. 15 letni Haruki trzyma w rękach swój prezent urodzinowy – bilet na koncert Jazz Messengers. Wayne Shorter – saksofon, Freddie Hubbard – trąbka, Curtis Fuller – puzon, Art Blakey – perkusja. Po kilku godzinach uświadamia sobie, że po raz pierwszy naprawdę usłyszał jazz, czuje się zdumiony. Po studiach pożycza pieniądze od rodziny i kolegów, bierze wszystkie swoje oszczędności i otwiera bar jazzowy w Tokio. Prowadzi go przez 7 lat tylko po to, żeby móc słuchać jazzu od rana do nocy. Równolegle fascynuje się literaturą – swobodne riffy Charliego Parkera mają taki sam wpływ na jego styl pisania, co wytwórnie płynna proza F. Scotta Fitzgeralda

Jazz, obecny w jego twórczości w formie wspomnień, odniesień, interpretacji, nie tylko stwarza więź z odbiorcą, stając się jednym z punktów wspólnych między jego uniwersum a naszym, lecz także wskazuje na paralelizm między kreacją świata Murakami, a samą koncepcją muzyki – absolutem subiektywizmu, manifestacją Id i domeną przeżyć emocjonalnych. Haruki harmonizuje surrealistyczne elementy fabularne z mimesis współczesnych dylematów jednostki. Współczesna Japonia podawana z małą porcją de Chirico. Protagonista odcięty od społeczeństwa, poszukujący własnej tożsamości poza codzienną rutyną.  Skomponowana niczym Bitches Brew Milesa Davisa fabuła rozszerza pole badań nad egzystencją, wykracza poza rygoryzm konwencji realizmu, powodującej ułomność w ujęciu wielowymiarowej ekspresji człowieka. Realistyczny sposób narracji, sięgający po nadzwyczajne scenariusze, naśladuje irracjonalizm rzeczywistości, zbudowanej z emocji i impulsów – identycznej materii tworzącej muzykę. 

Tekst: Dima Pastushenko


Teraz gramy
TITLE
ARTIST

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!