Art-Hop, czyli o kompleksach polskiego rapu

Autor - 17 maja 2020

Parę przemyśleń po nowym singlu Białasa

Ten tekst chodził za mną od tygodnia, czyli od momentu premiery nowego utworu Mateusza Karasia, znanego szerzej jako Białas. Zawodnik będący aktualnie jedną z najważniejszych postaci na polskiej scenie, założyciel labelu SBM, który zbiera teraz raperów robiących największe liczby w kraju, postanawia na promującym nadchodzący album „H8M5” singlu pójść w rewolucyjną stronę tytułowego Art-Hopu – nowego gatunku, łączącego sztukę z rapem. Czy jednak autentycznie szykuje nam się artystyczna rewolucja?

Art-Hop z pozoru jest faktycznie nowatorski. Kiedy bowiem ostatnio mainstreamowy polski raper wypuścił 8-minutowy numer (!) z 5 różnymi bitami (!!) oraz gościnnym udziałem śpiewaczki operowej i wokalisty jazzowego (!!!). Do tego bez teledysku czy nawet premiery oficjalnego audio na YT, jedynie wypuszczenie na platformach streamingowych. Ruchy raczej słabe pod względem komercyjnego rozgłosu, ale z tekstu wynika, że Białasowi wcale na tym nie zależy. Mamy tu do czynienia z dość odważnym artystycznym ruchem, zwłaszcza porównując go z działaniami mainstreamowych kolegów po fachu, ustawiających wcześniej premiery, kręcących drogie, rozbudowane klipy, reklamujących się na billboardach. „Art-Hop” nie jest materiałem na hitowy singiel i chyba w zamyśle Białasa nie miał takowym być.

Czego dowiadujemy się o tytułowym nowym gatunku? Dużo Białas mówi o tym w ostatnim segmencie utworu: Tutaj nie ma żadnych granic, każdy sam o sobie decyduje / Nie istnieje regulamin, każdy robi to co czuje / Wykraczamy poza ramy, pobrudzone nami ściany / A szufladek nie używamy, szkoda typie na to tracić czas. I tu pojawia się mój pierwszy problem z manifestem artystycznym Białasa – czym to się zasadniczo różni od normalnego hip-hopu? Jakie ramy to przekracza? Bo poza tymi ostatnimi linijkami Białas nie nawija o niczym, co nie byłoby wcześniej udziałem rapu: mamy więc usilny grind i dążenie do sukcesu, mamy antypolicyjne manifesty, mamy trochę komentarza politycznego, mamy w końcu paradoksalne spojrzenie na „prostych chłopaków z bloków” – z jednej strony twardych, a z drugiej wrażliwych. Żadna z tych rzeczy nie jest dla rapu nowa, to nie żadne nowatorskie tematy, już u początków gatunku byli ludzie, którzy nawijali o tym samym. To nowe spojrzenie na hip-hop, nowe spojrzenie na gości w dresach – rapuje Białas, ale to nieprawda – tekstowo Art-Hop nie ma nic nowego do zaoferowania. Już bardziej nowatorska była zeszłoroczna Patointeligencja Maty, która prezentowała perspektywę „bananowej młodzieży” z dobrych domów, wcześniej w hip-hopie co najmniej rzadką, o ile niespotykaną w ogóle.

Być może Białas zamyka mi usta ostatnimi wersami numeru? Brzmią one: Hop to sztuka obserwacji, forma w którą to ubieram – art. Czy zatem chodzi tylko o formę? Czy treść, jako efekt obserwacji, pozostaje ta sama? No dobrze, w takim razie przyjrzyjmy się formie.

Białas kombinuje na tym numerze bardzo, jeśli chodzi o formę. Stara się wręcz stworzyć słuchowiskowy, teatralny klimat, nie ograniczając się do rapu, bitu i skreczy. Wspomniałem już o aż 5 podkładach wchodzących w skład kawałka. Przejścia pomiędzy nimi są w porządku, ale w sumie niewiele poza tym. Dużo tam skitów, fragmentów innych nagrań i wypowiedzi. A to fragment składanej tłumnie przysięgi policyjnej, a to wywiadu z Edwardem Dwurnikiem. Brzmi to… ciekawie. I w zasadzie tyle. Jako słuchacz rozumiem czemu te fragmenty tam są, co mają oznaczać, ale mimo wszystko nadal jest to dla mnie w jakiś sposób puste. To robienie z kawałka rapowego słuchowiska na rzecz wprowadzenia artu do hopu wydaje się nieco na siłę i w gruncie rzeczy dość banalne. Jedynym elementem, który autentycznie mi się podobał, jest udział operowej śpiewaczki Anny Radziejowskiej, której wokal pocięto skreczami dj-a Falcona1. Brzmi to pięknie i autentycznie nowatorsko, zapewne  dlatego, że pozbawione jest głębszego przesłania, stanowi czystą zabawę formą. Ta zabawa nie udaje się, gdy Białas z ekipą silą się na znaczenie, bo po prostu pod wyszukaną otoczką kryje się dość banalne przesłanie, które raper o wiele lepiej przekazał w samych linijkach. Świetnym przykładem jest tutaj bridge Marka Dyjaka – tekst na poziomie gimnazjalnego zespołu punkowego, któremu wydaje się, że jest głęboki. Nie jestem też zbytnim fanem wokalu pana Marka, ale to swoją drogą.

Art-Hop oddaje bolączkę, na którą moim zdaniem cierpi ostatnio polski hip-hop, a przynajmniej zaczyna cierpieć. Bolączkę, którą można sprowadzić do kompleksu niższości wobec „sztuki wyższej”. Raperzy nie chcą być po prostu tworzącymi hity idolami nastolatek, oni chcą tworzyć coś więcej, chcą tworzyć sztukę. Niesławnym przykładem jest Bedoes, który podczas prac nad swoją ostatnią płytą postawił na totalną wolność artystyczną, mówił wszędzie naokoło, że on chciał po prostu wyrazić siebie, nagrywał wszystko spontanicznie, często jechał końcówki numerów jakimś totalnie losowym freestylem. Jaki był efekt tej spontaniczności? „Opowieści z Doliny Smoków” to chaotyczna mieszanka gatunków, dość szybko nudząca się słuchaczowi przez to, jak wieloma stylistykami chce go poczęstować.

Białas w swoich dążeniach w kierunku sztuk wyższych jest bardziej stonowany niż Bedoes, ale przemawia przez niego ten sam kompleks – stworzenia czegoś „większego” za wszelką cenę, monumentalizm, artyzm, symbolika, mieszanie stylistyk i form. Tylko… po co? Białas nawija w pierwszych linijkach: Proszę was nie mylcie mnie z raperami. Czemu? Jesteś raperem. Wykonujesz tę muzykę. Skąd ta usilna potrzeba odcięcia się od rapu na rzecz sztuk wyższych? Czy rap nie może być sztuką wyższą?

Może. I raperzy zza oceanu nie raz to udowadniali, nie musząc silić się na oderwanie od gatunku, artystyczne manifesty, puste zabawy formą. Kendrick Lamar, Frank Ocean, Tyler, The Creator – oni po prostu tworzyli, robili swoje, raz było to bliższe rapowi, raz jazzowi, raz R’n’B, ale to dalej była ich spójna wizja na pokazanie tego, co chcą pokazać. Nie męczyli się z wyjaśnianiem tego, nie potrzebowali manifestu, bo ich twórczość była manifestem.

U Białasa tego nie widzę, zamiast autentycznie kombinować, bawić się formą i podporządkowywać ją przekazowi, on bawi się nią bez większego zastanowienia, tylko po to, żeby ta zabawa tam była i miała jakieś dość płytkie znaczenie. Dlatego tak autentycznie wypada udział Anny Radziejowskiej – tu nie ma silenia się na nic, jest po prostu ciekawy eksperyment dźwiękowy, połączenie dwóch światów dające satysfakcję ze słuchania. Brzmi to spontanicznie, podczas gdy inne wyskoki Białasa w stronę sztuki są w tym numerze niesamowicie wymuszone, pozbawione zajawkowego elementu, jakby idealnie wymierzone. Angielskiego słowo „overthink” pasuje tu idealnie. Art-Hop jest po prostu overthought, a do tego podszyty jakimś trudnym do wyplenienia kompleksem niższości. Drodzy raperzy, nie róbcie sztuki – róbcie rap. On się w pewnym momencie tą sztuką sam stanie, nawet nie będziecie wiedzieli kiedy.

Tekst: Maciej Bartusik


Czytaj dalej

Teraz gramy
TITLE
ARTIST

Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka). Możesz to zaakceptować albo wyłączyć pliki cookies w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij!